Mój pierwszy kozioł

   

   Mój pierwszy kozioł, mój pierwszy dzik, mój pierwszy byk, zając, kaczor, lis itd. Dla każdego pierwsza upolowana zwierzyna to emocje, które zostają w pamięci na całe życie. Powód do chrztu, pasowania, powód do niecodziennych wspomnień łowieckich, powód do dumy z przekroczenia niewidzialnej granicy, która odróżnia nas – łowców od pozostałych zjadaczy mięsa.

 

   Mój pierwszy kozioł to nie tylko ustrzelony samiec sarny, nie tylko cząstka wykonanego planu łowieckiego, nie tylko kolejna przygoda, nie tylko to co dla innych wydaje się być kaprysem. Przecież mięso na obiad można kupić w sklepie ... Zatrzymajmy się jednak na tym wielokropku. Czytelnicy, którzy są myśliwymi, wiedzą co mam na myśli a pozostałych nie zamierzam przekonywać do pasji jaką jest łowiectwo.

 

   Minęły trzy lat odkąd zostałem pełnoprawnym łowcą. Pelnoprawnym, ponieważ przepisy wymagają spełnienia określonych warunków. Ja jednak czułem się łowcą niemal od urodzenia, od chwili kiedy potrafię odtworzyć własne wspomnienia. Początkowo były to łowy w wyobraźni kiedy ogladałem programy telewizyjne i kiedy zanurzałem się w lekturze wspaniałych książek. Po kilkunastu latach przyszła pora na urzeczywistnienie marzeń, na realizację tego, co każdy z nas, myśliwych, czuje w duszy. Ukończyłem szkołę i prawie natychmiast wstąpiłem do koła łowieckiego. Nie były to lekkie czasy dla wyznawców św. Huberta, ale o tym z pewnością wspomnę w innym opowiadaniu.

 

   Po trzech latach bycia "zwkłym" myśliwym przyszedł czas na zdobycie prawdziwych "szlifów", czyli na egzamin na selekcjonera, który daje uprawnienia do polowania na każdą zwierzynę. Po zdanym egzaminie, który też zasługuje na odrębne opowiadanie, przyszedł czas na kupno broni gwintowanej. Dzisiaj może się to wydawać dziwne, ale dawniej, aby mieć możliwość kupna broni gwintowanej, trzeba było przejść osobny egzamin, najczęściej połączony z egzaminem na selekcjonera. Wspomnę jeszcze o różnych zawiłościach przepisów prawnych. W historii łowiectwa, którą pamiętam, wolno było polować na rogacze i byki z broni gładkolufowej, później wyłącznie z broni gwintowanej a dzisiaj ... każdy wie jak jest.

 

   Czas jednak wrócić do głównego wątku opowiadania, czyli do polowania na kozła, mojego pierwszego kozła, albo inaczej mówiąc rogacza. Sam używam tych dwóch określeń zamiennie, bez wyróżniania któregokolwiek. Kozioł i rogacz, dla mnie zawsze znaczy to samo – samiec sarny.

Egzamin zdany, uprawnienia zdobyte, sztucer kupiony, więc czas w knieję! Mam mój pierwszy upragniony odstrzał w kieszeni. Jadę w znane mi łowisko, jednak wszystkie tajniki polowania myśliwego-selekcjonera są dla mnie tajemnicą. Można powiedzieć, że uprawnienia mam, broń mam, więc czego chcę więcej? Otóż brakuje mi - i mam tego świadomość – doświadczenia. Co innego wieloletnie obserwacje zwierzyny w naturze, co innego teoretyczne dywagacje i dyskusje na sali wykładowej. Wszystko to podtrzymuje cię na duchu, ale kiedy znajdziesz się w łowisku, zapominasz o wszystkim i nagle czujsz się bezbronny jak niemowlę. Oczywiście masz broń i jak najlepiej wyszkolony komandos potrafisz celnie trafić w "dziesiątkę", jednak żywa zwierzyna to nie tarcza, a nie każdy rogacz to selekt. Niby wiesz jaki rogacz i w jakim wieku jest seleketem, ale w zderzeniu teorii z rzeczywistością nie wszystko jest takie łatwe i proste. Pomyślałem więc sobie, że najlepszym rozwiązaniem będzie towarzystwo doświadczonego kolegi. Umawiam się więc z Markiem, który ma już za sobą niejeden łowiecki sezon i wyjeżdżamy do oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów obwodu. Obwód ten to w 90% lasy, ale dobrze mi znane, gdyż w tych lasach zaczynałem moją pierwszą pracę jako podleśniczy. Dojazd do łowiska zajmuje około 1,5 godziny. W tym czasie omawiamy najdrobniejsze szczegóły, gdzie polujemy, w jakich godzinach, gdzie nocujemy itd. Wszystkie rozmowy skupiają się na sprawach, ktore dla mnie są oczywiste, ale gdzieś tam "we mgle" ciągle przebija się myśl, jak ocenić rogacza i nie zrobić sobie wstydu. On wie, że to mój pierwszy raz. Ja sam też wiem, że początki są trudne, ale stres i tak daje znać o sobie. W końcu jednak zwycięża myśl, że w najgorszym wypadku, kiedy nie będę pewny strzału, zwalę winę na komary, pogodę, wadę wzroku, usterkę broni lub optyki, wszystko tylko nie blamaż na pierwszym polowaniu w towarzystwie doświadczonego kolegi.

 

   Wybieramy rejon, który znamy "jak własną kieszeń". Marek wie, że to dopiero początek sezonu i pierwsze łowy to raczej obserwacja i wybór odpowiedniego selekta, niż sam odstrzał, jednak dla mnie wszystko jest najważniejsze, na pierwszym miejscu ... Po prostu to polowanie to sprawa honorowa! Dojeżdżamy na miejsce, wpisujemy się do "Książki pobytu ..." i jedziemy do zaprzyjaźnionego gospodarza omówić sprawę noclegu. Wiadomo, polowanie trwa do zmroku, a w razie sukcesu trzeba jeszcze rogacza oprawić i odstawić do punktu skupu. Później nie pozostaje nic innego jak przenocować, powspomianać przy ognisku łowieckie przygody, a w razie niepowodzenia, rano udać się na kolejne polowanie. Tym razem wszystkie sprawy "logistyczne" udaje nam się załatwić błyskawicznie i praktycznie trzy godziny przed zmrokiem wszystko jest dopracowane. Bez względu na to, czy upolujemy rogacza czy nie, zostajemy na noc w łowisku. Zresztą to już tradycja, o czym wspomnę innym razem.

 

   Jest maj, godzina siedemnasta, więc do zmroku jeszcze sporo czasu. W "normalnych" okolicznościach trzeba by było "objechać" rejon albo wybrać "właściwą" ambonę, my jednak już wiemy od dawna gdzie urządzić zasiadkę. Zasiadkę, ponieważ nie ma tam ambony ani zwyżki a planowane polowanie to zasiadka na miękkiej trawie. To wspaniałe miejsce, zapomniane i nie odwiedzane ani przez myśliwych, ani grzybiarzy ani turystów. "Pewne" miejsce na spotkanie ze zwierzyną. Postanawiamy więc, że ten mój "pierwszy raz" dokona się właśnie w tym miejscu.

 

   "To miejsce" to nic innego jak przepiękna łąka otoczona lasami. Szeroka i długa na około 300 metrów. Teren przypomina nieckę albo prościej mówiąc talerz. Środkowa część czyli łąka, położona jest poniżej a wokół niej rośnie piękny las na wzgórkach. Na południowej stronie w odległości około 50 metrów od ściany lasu polanę przecina rzeczka. Wychodząc od strony wschodniej ma się wrażenie, że przed nami roztacza się widok afrykańskiej sawanny. W rzeczywistości jest to nasz rodzimy krajobraz. Można było zaczekać do zmroku i próbować podchodu, ale który myśliwy w majowe popołudnie wybierze krzesło u gospodarza i kawę zamiast miękkiej "poduszki" z mchów i traw. Siadamy więc wygodnie na skraju lasu, na małym wzniesieniu tak, aby mieć dobry widok i jednocześnie wtopić się w kolorystykę lasu. Zachodzące powoli po przeciwnej stronie słońce miło przygrzewa i w żaden sposob nie razi ani nie przeszkadza w obserwacji. Mamy czas, więc rozmawiamy szeptem o przeróżnych sprawach łowieckich. Rozpatrujemy też różne warianty strzału, bo przecież nie wiadomo gdzie dojrzymy upragnionego selekta. Z uwagi na ukształtowanie terenu i otoczenie łąki wzniesieniami porośniętymi starodrzewiem, strzał w każdą stronę jest bezpieczny. Pozostaje więc tylko czekać, obserwować przyrodę i być dobrej myśli, że św. Hubert będzie nam darzył. Marek jak zawsze zabrał ze sobą swojego psa, jamnika szorstkowłosego. Pewnie nie będzie nam potrzebny, ale ona jak prawdziwy łowca, nie odpuszcza żadnej okazji do wyjazdu w teren. Leży obok nas i wygrzewa się w zachodzącym słońcu.

 

   Czas nam mija na rozmowach i opędzaniu się od komarów. Zastanawiam się nawet, dlaczego nie atakują psa, tylko skupiają się głównie na mnie. Ale co tam, to również jest pewną cząstką polowania. Pomyśłałem, że komary są niezbędne dla urozmaicenia opowieści łowieckich. Przecież co to za wspomnienie, kiedy się tylko strzela, bez żadnych naturalnych utrudnień. A tak, nawet samo złożenie się do strzału w otoczeniu kilkudziesięciu atakujących każdą odkrytą część ciała komarów na swój urok. Sarny mają przecież wyjątkowo wyczulony wzrok na najdrobniejszy ruch i tak wielogodzinna zasiadka może się nie udać, jeśli w ostatniej chwili machniemy ręką odganiając małego intruza. Trudno, kilkanaście swędzących miejsc będzie pamiątką po łowach. Pewnie każdy pomyśli teraz, że trzeba było użyć jakichś środków odstraszających, ubrać więcej odzieży, ale kto by się przejmował takimi "drobiazgami" wobec emocji pierwszych łowów na rogacza. Czekamy więc, kiedy rogacze zaczną wychodzić na wieczorny żer. A może któryś leży gdzieś niedaleko w wysokich trawach i wstanie tuż przed nami? Może i tak mogło być, ale św. Hubert postanowił podnieść nam trochę adrenalinę i nie ułatwiać zadania. Kiedy słońce chowało się za drzewami zauważyliśmy GO oboje jednocześnie. Jest! Jest wyczekiwany rogacz, ale ... na przeciwległym krańcu łąki. Wyszedł spokojnie najpierw kilkanaście metrów od ściany lasu, porozglądał się i zaczął żerować, stopniowo ale bardzo, bardzo wolno przesuwając się dalej na łąkę. Odległość około 300 metrów niweczy wszelkie plany strzału. Pozostaje nam tylko czekać na rozwój sytuacji z lornetkami w dłoniach. Jeszcze trudno określić, czy to jest selekt. Większą część czasu łeb ma pochylony a unosząc go najczęściej parostki są zasłonięte przez łyżki, wysokie trawy bądź krzewy. Jedno jest pewne. To kozioł w pierwszej klasie wieku. Widać to wyraźnie po zachowaniu, smukłej sylwetce i mało ostrożnym zachowaniu. Stare kozły wychodzą zdecydowanie później, ale ja właśnie w odstrzale mam kozła w pierwszej klasie wieku. Wszystko dobrze, tylko nadal nie wiemy czy to selekt a do tego ta odległość, która wyklucza jakikolwiek strzał. Czekamy więc dalej, ale na łąkę nie wychodzi żaden inny rogacz. Święty Hubercie, czy postanowiłeś nas drażnić, czy też ma to być próba cierpliwości? Patron nasz jednak wiedział doskonale co robi i jaki będzie przebieg polowania, ale o tym miałem się przekonać później. Mijają minuty i powoli zaczyna się ściemniać. Jeszcze trochę i polowanie trzeba będzie zakończyć z nadzieją na sukces w następnych dniach. Rogacz wprawdzie zbliża się w naszym kierunku, ale zbyt wolno, by znaleźć się w odległości bezpiecznego i pewnego strzału. W końcu dostrzegam parostki. To szydlarz! O św. Hubercie, jaki jesteś wspaniały, ale czy wiesz, że nie strzelamy do rogaczy po zmroku?

 

   Raptem jak rażony piorunem słyszę szczekanie! Rogacze też szczekają, ale to nie był ON. Co jest grane – myślę. W końcu szczekanie nasila się na środku łąki a po chwili wiemy już doskonale, że to nie żaden rogacz a jamnik, który znudzony oczekiwaniem udał się na penetrację łąki. Nie zauważyliśmy tego wcześniej, że psa już przy nas nie ma. Teraz się odnalazł, ale na środku łąki pomiędzy nami i "moim" rogaczem. To co sobie wtedy pomyślałem o tym psie, nie nadaje się do zacytowania i druku. Przez myśl przeszły mi wszystkie obraźliwe słowa jakie znam. Nie pozostało jednak nic innego, jak pogodzić się z losem i obserwować sytuację na łące. W wyobraźni widziałem kozła uciekającego do lasu, ale stała się rzecz niespodziewana. Kozioł nie wystraszył się ujadającego jamnika a wręcz przeciwnie, zainteresował się, co to za niewidoczne w trawach stworzenie tak hałasuje i powoli zaczął się zbliżać do psa. Całą tą scenę obserwowaliśmy przez lornetki. Dzisiaj pewnie nikt w taką opowieść nie uwierzy, ale było nas dwóch i tylko my wiemy, że to prawda. Kozioł zaczął podchodzić do jamnika a jamnik wycofywał się w naszą stronę. Widząc co się dzieje odłożyłem lornetkę a do rąk wziąłem sztucer i dalej obserwowałem rogacza już w lunecie. Nie wiem ile czasu trwała ta niecodzienna sytuacja, ale w końcu rogacz znalazł się w odległości około 80 metrów od nas. Dłużej nie było co czekać. Zmrok zapadał, jamnik wiedział chyba lepiej od nas jaka jest sytuacja i zszedł z linii strzału daleko w bok ...

 

   Rozległ się huk wystrzału a po kilku minutach przyjmowałem z rąk kolegi złom i gratulacje. Od tej pory bez względu na wszystko ten wspaniały jamnik miał u mnie zawsze względy i kawałek czegoś smakowitego. Okazał się najlepszym podprowadzającym jakiego znam.

 

   Święty Hubert wiedział doskonale, jaką niespodziankę przygotować na moje pierwsze łowy na rogacza.

 

Piotr Gawin

 

 


wspomnieniazkniei   Jeśli i wy spisaliście własne lub zasłyszane wspomnienia z kniei, którymi chcielibyście podzielić się z innymi czytelnikami, nadsyłajcie je do PŁ. Wasze wspomnienia ukażą się w serwisie PŁ i być może w późniejszym wydawnictwie książkowym. Nadsyłajcie wspomnienia i opowiadania za pośrednictwem formularza na stronie Wspomnienia z kniei
 

 

Daj się odnaleźć

Wspomnienia z kniei

Ankiety łowieckie

Pogotowie postrzał.

TOP