Wyprawa na wydry - Edmund Gaszyk

 

Wyprawa na wydry

(fragment powieści Edmunda Gaszyka „Kiść tataraku” z 1955 r.)

 

   Cisza była taka, aż w uszach dzwoniło ... Księżyca jeszcze nie było, lecz wnet powinien się pokazać. Niebo było niebieskie a gwiazdy tkwiły w nim jak błyszczące oczy na tle zsiniałej cery. Karzecki zdjął strzelbę, przełamał i popatrzył w lufy. Były puste i połyskiwały metalicznym blaskiem. Dobył z kieszeni naboje, załadował i zamknął komorę. Strzelbę przewiesił przez prawe ramię. Uniósł klapy futrzanej czapy tak, by lepiej mógł słyszeć i pomału , ostrożnie wgłębił się w las. Jakże tajemniczy, pełen niespodzianek jest las nocą! Każde drzewo, każdy krzak wygląda inaczej niż w dzień. Tu drzewo całe w bieli i tylko jedna gałąź, jak czarna łapa sterczy nad drogą. Tam znów, tuż przy drzewie, coś stoi i nawet się rusza. Słychać ciche kroki i ciężkie dyszenie ... Czasem to coś, co zdawało się pniakiem znika raptownie jakby się rozwiało. Karzecki znał dobrze subtelności tych cieni, odcieni, odgłosów i szmerów. Szedł cicho, ostrożnie, nie zwracając pozornie na nic uwagi. Czasem przecież drgnął i mimo woli mocniej ujmował zimną lufę strzelby. Wiedział, że czarna postać stojąca za ośnieżonym świerkiem jest po prostu krzakiem jałowca lub starym, spróchniałym pniakiem. Jednak oczy mówiły i umysł potwierdzał, że to czający się człowiek. Instynkt samozachowawczy aż krzyczał, by nie iść dalej. Kazał stać w miejscu lub cofnąć się. W takich momentach odwracał głowę i szedł by przekonać się, że to naprawdę tylko krzak, albo zwyczajnie gałąź otrząśnięta ze śniegu. Wtedy przecież oddychał z ulgą i w duszy mówił z szyderczą satysfakcją:

- A co, nie mówiłem? Sam widzisz głupcze!

   Do trzeciego jeziora było dwa kilometry z hakiem. Taki „hak” jest często dwa razy dłuższy niż poprzednio podana w kilometrach ścisła odległość. Karzecki wiedział o tym, lecz się nie spieszył. Szedł wolno by się zbytnio nie zagrzać i by potem tym dotkliwiej nie marznąć. Liczył również i na to, że idąc ostrożnie może się przypadkowo natknąć na lisa, watahę dzików czy nawet wilka. Mógł to być wprawdzie tylko przypadek, ale jeden z takich, jakim uczciwy myśliwy nie gardzi. Po godzinnym marszu doszedł wreszcie do trzeciego jeziora. Miało ono kształt ogromnej fajki. W głowie tej fajki, jak nabity ćwiek, była niewielka wysepka. Jezioro brzegi miało strome i gęsto porośnięte szuwarami. Las otaczał je dookoła. Z południowej strony kilkaset metrów wzgórza wolne było od zarośli. Rósł tam zagajnik lecz tak jeszcze mały, że spod śniegu prawie go nie było widać. Karzecki od tej właśnie strony szedł na jezioro. Idąc po lodzie między brzegiem a wyspą doszedł do zagięcia owej fajki, gdzie pod olchami, dziwnie jakoś zmurszałymi i schorzałymi, niewielka przestrzeń jeziora wolna była od lodu. Było to oparzelisko nie zamarzające nawet w okresie największych mrozów. O tym, że wydra musi korzystać z takiej naturalnej bazy był najmocniej przekonany. Bał się zdradliwości oparzeliska więc skręcił na brzeg, na dwieście metrów przed nieruchomą, czarną wodą zszedł na ląd i posuwał się naprzód z największą ostrożnością. Dotarł wreszcie do upatrzonej poprzednio grubej olchy, oparł się o nią i czekał. Był w miejscu, z którego według wszelkiego prawdopodobieństwa rychło powinna wychylić się głowa podwodnego rabusia lub też cały właściciel drogocennego futra powinien pojawić się na lodzie. Mróz wzrastał z każdą chwilą. Opuścił więc klapy na uszy, podniósł kołnierz kożucha, ręce wsunął w kieszenie i bacznie obserwował okolicę. Gwiazd jakby przybyło na niebie, w końcu pojawił się księżyc. Mleczne światło odbijało się od śniegu. Było tak jasno, że można by czytać. Wyjdzie, czy nie wyjdzie – myślał. Dlaczego księżyc nie grzeje choć trochę? Ale kolana to Hilda ma ładne. Takie jak z marmuru. Takie kolana to ... Bez drgnięcia przytulił się mocniej do pnia drzewa. Na lodzie zamajaczył jakiś cień. Wpatrywał się weń długo, bez mrugnięcia powieką, aż łzy zaszkliły mu się w oczach. Ścisnął je powiekami, otworzył ... Lis przechera szedł środkiem jeziora. Jezioro było szerokie na co najmniej kilkaset metrów. O skutecznym strzale nie mogło być mowy, chyba żeby mykita zamierzał zajrzeć pod olchy. Lis jednak widocznie nie miał tego zamiaru. Szedł sobie środkiem jeziora, widoczny jak na dłoni, ale niedosiężny. Zmierzał najwyraźniej ku wyspie. Ktoś zaśmiał się tak okropnie,  że Karzeckiemu skóra ścierpła ze strachu. Była to sowa, może puchacz. Gdzieś daleko odezwał się drugi, podobnie szatański chichot. Lis postał chwilęm, poczym ruszył przed siebie. Płynęły minuty, kwadranse. Z lasu coraz to dolatywały jakieś ponure odgłosy.

- Pójdź, pójdź, pójdź ... – jęczało coś tak przejmująco i boleśnie, że dzielny duch Karzeckiego omalże nie uszedł piętami.

   W Krępej gadali starzy ludzie, że to śmierć tak nawołuje. Nie wierzył w zabobony ani gusła, przecież słuchanie niezbyt pociągającego wezwania sprawiało mu coraz to mniejszą przyjemność. Nagle zadudniło coś tak donośnie, że momentalnie zapomniał o leśnej wabicielce. Jakieś regularnie powtarzające się dudnienie dobywało się
z nie dającego się określić kierunku. Słuchał tych odgłosów z radością mimo, że jego rozbiegany wzrok niczego nie dostrzegał.

- To wydra! - myślał z rosnącą nadzieją.

   Była gdzieś daleko i teraz wali łbem pod lodem szukając otworu. Dudnienie stawało się coraz wyraźniejsze i bliższe. Karzecki zdjął dubeltówkę z ramienia. Dotychczas jednak nic się nie pokazywało. Nagle przyszło nań olśnienie. To nie dudnienie pod lodem, to tętent. Kierując się słuchem ustalił przypuszczalny kierunek, zaczął się uważnie wpatrywać. Upłynęła jeszcze długa chwila aż na stromym wzgórku, na przysypanym śniegiem malutkim zagajniku dostrzegł ogromną czarną postać. Wzgórze było białe od śniegu i światła księżyca a czarna postać stała na nim jak posąg. Karzecki przyglądał się dziwnemu zjawisku ze wzrastającym zdumieniem.

- Co za diabeł – myślał – chyba koń, bo jeleń przecież nie jest czarny. Tylko na Boga, nie prześwita mu światło pod kałdunem, a śnieg nie może koniowi sięgać do brzucha. Tymczasem czarny zwierz z szumem i hałasem ruszył z pagórka na jezioro. W biegu nie wydawał się już tak wielki, ale zawsze jednak ogromny. Zatrzymał się w szuwarach zwrócony przodem do olch. Odległy był o jakieś sto pięćdziesiąt kroków. Karzecki stał bez ruchu, prawie nie oddychając.

- Nie może zwietrzyć, bo stoi z wiatrem – myślał.

Naraz ucho jego uchwyciło ostry świst i głośne sapnięcie.

- Dzik! Ale sztuka, na Boga! Żeby tylko chciał iść na mnie. Może zechce napić się wody?

   Dzik stał chwilę nieruchomo, jakby się namyślał i nagle z chrzęstem i łomotem ruszył w kierunku olch, wprost na Karzeckiego. Korzystając z hałasu wywołanego biegiem dzika Karzecki odbezpieczył broń, przyjął postawę strzelecką i czekał. Odległość zmniejszała się szybko. Przyłożywszy kolbę do ramienia złożył się do biegnącego dzika, nie strzelił jednak. Na skuteczny strzał odległość była jeszcze za duża. Opuścił nieco lufę nie spuszczając oka ze zwierza. Dzik zbliżył się na odległość dwadzieścia kroków i zatrzymał się raptownie. Karzecki uniósł trochę lufy tak, że ciemna oksydowana szyna i muszka dubeltówki zrównały się z czarnym łbem. Trwało to może z pół sekundy. Nacisnął spust.

- Łu ... bu ... duuu ... – zahuczał las.

   Błysk ognia na chwilę go oślepił. Kiedy po chwili wzrok znów oswoił się z mlecznym światłem księżyca dostrzegł sylwetkę dzika sterczącą nieruchomo w poprzednim miejscu. Karzeckiemu zrobiło się gorąco. Wycelował ponownie i czekał. Minuty uciekały a dzik się nie ruszał. Ten spokój zwierzęcia wydał mu się w końcu podejrzany. Odjął strzelbę od ramienia, cichuteńko zmienił wystrzeloną łuskę poczym zapaliwszy elektryczną, kieszonkowa lampkę z największą ostrożnością podszedł z boku do zwierzęcia. Dzik leżał na śniegu jak warujący pies. Karzecki pchnął go lufą dubeltówki. Dzik przewrócił się na bok i prawym tylnym biegiem zaczął z lekka zgarniać śnieg.

   Zdjęcie z dzika skóry nie należy do robót łatwych ani przyjemnych. Słonina dzika jest twarda i silnie przyrośnięta do skóry. Dobrze też namęczył się Karzecki nim przy pomocy obu kobiet dokonał tego dzieła . Wreszcie po przeszło godzinnym wysiłku skóra została rozpostarta na drzwiach obory i mocno przybita gwoździami. Sam dzik już bez skóry oczywiście, wisiał na drabinie. Patrochy rzucono psu na uciechę, a wątrobą zajęła się leśniczyna. Karzecki podziwiał jej zręczność w przyrządzeniu tego myśliwskiego przysmaku. Przy pomocy ostrego noża pocięła wątrobę na wąskie plastry. Plastry te rzuciła na rozpaloną patelnię, w której burzył się tłuszcz.
   Po półminutowym smażeniu plastry przewróciła na drugą stronę i po niecałych pięciu minutach zwabiony miłym zapachem dolatującym z kuchni zjawił się leśniczy by wziąć czynny udział w biesiadzie. Nie obeszło się przy tym bez karafki „żubrówki”, co było uzasadnione, jako że dzika nie ubija się codziennie.

- A co? Spróbował pan szczęścia? – zapytał konfidencjonalnie leśniczy bohatera wieczoru.

- Nie było okazji – odrzekł wymijająco Karzecki.

- Strzelał pan chyba nie dalej jak z dziesięciu metrów?

- Owszem, podszedł bardzo blisko, ale chyba nie znów aż tak blisko.

- Musiało być blisko. Położył go pan przecież zajęczym śrutem!

- Śrutem? Chyba niemożliwe! - wykrzyknął zdziwiony Karzecki

- Przecież dałem panu tylko dwa ładunki loftkowe i śruty. Loftki przyniósł pan spowrotem. Zresztą jutro poszukamy, to sprawdzimy.

   Okazało się, że leśniczy mówił prawdę. W mózgu zwierzęcia tkwiło kilka śrucin używanych na zające.

 

 

Publikacja dzięki uprzejmości syna, Krzysztofa Gaszyka

   Panu Bogu starość zdecydowanie się nie udała. Po długiej i ciężkiej chorobie, w połowie 2013 roku, w wieku 90 lat zmarł mój ojciec, Edmund Gaszyk. Ostatnie lata życia cechowały się postępującymi objawami choroby Parkinsona, między innymi coraz to gorszą pamięcią. Na szczęście, zanim kontakt z ojcem stał się już całkiem niemożliwy zdążył przekazać mi wiele informacji ze swojego długiego życia. Już po jego śmierci, porządkując pozostawione dokumenty, odnalazłem szereg rękopisów i maszynopisów, które uznałem za godne utrwalenia i przekazania wszystkim, którzy będą tego chcieli.

Oto jego krótka historia:
   Urodził się w 1923 roku w Koronowie k/ Bydgoszczy. Do zakończenia II wojny światowej mieszkał we wsi Samociążek położonej w pobliżu Koronowa. W okresie wojny, z nakazu Arbeitsamtu, pracował jako robotnik rolny w gospodarstwie Niemca Kuhlmeiera. W okresie bezpośrednio powojennym po ukończonym kursie pedagogicznym w Morągu podjął pracę jako nauczyciel w Siemianach nad jeziorem Jeziorak. Po kilkuletniej pracy w tym zawodzie przeniósł się do Barczewa, gdzie mieszkał do końca życia. W Barczewie pracował jako główny księgowy we Włókienniczej Spółdzielni Pracy „Warmianka”, której był współzałożycielem. Jego życiową pasją było wędkarstwo. Nad wodą spędzał większość wolnego czasu. Bardzo lubił wszelki kontakt z przyrodą. Był zaangażowanym działkowiczem, chętnie odwiedzał las, gdzie świetnie wiedział jak znaleźć piękne, pachnące grzyby. Miał też jeszcze jedną pasję, o której nie wiedziało zbyt wielu znajomych. Próbował swych sił jako autor wielu utworów literackich. Utwory te oparte były na jego własnych przeżyciach. Niektóre brały udział w konkursach literackich organizowanych przez Wydawnictwa Literackie i gazety. Zachowały się dowody, że jego utwory spotykały się z uznaniem organizatorów, otrzymywał nagrody. Żadne dzieło nie doczekało się jednak druku.

 

 


 

wspomnieniazkniei   Jeśli i wy spisaliście własne lub zasłyszane wspomnienia z kniei, którymi chcielibyście podzielić się z innymi czytelnikami, nadsyłajcie je do PŁ. Wasze wspomnienia ukażą się w serwisie PŁ i być może w późniejszym wydawnictwie książkowym. Nadsyłajcie wspomnienia i opowiadania za pośrednictwem formularza na stronie Wspomnienia z kniei
 

 

Daj się odnaleźć

Wspomnienia z kniei

Ankiety łowieckie

Pogotowie postrzał.

TOP