Aza - opowiadanie Edmunda Gaszyka

 

AZA - Edmund Gaszyk

Barczewo, 1960 r.

 

   Chmurny grudniowy dzień nie miał w sobie nic z wilii świąt Bożego Narodzenia. Ostry północno-wschodni wiatr huczał w konarach drzew. Drobniutki deszcz siekł niemiłosiernie, zamarzał na gałązkach i igliwiu. Drzewa drżały ciężko pod podmuchami porywistego wiatru. Szum wiatru i szklane dźwięki zamarzniętego lasu brzmiały dziko i nieprzytulnie. Pogoda była pod psem i pogarszała się z każdą chwilą. Wraz z pogodą pogarszał się mój humor. Szedłem pod wiatr, który ciął w twarz i niewiele pomagało spuszczenie na oczy futrzanej czapy. Do leśniczówki było jeszcze z dwa kilometry. Rano śniadanie zjadłem skromne, postne. Idąc na obchód rewiru nie zabrałem nic do jedzenia. Wiadomo, wigilia. Dokuczał mi głód i przejmujące zimno. Ale nie tylko głód i ten porywisty wiatr wiejący z zamarzającym deszczem był powodem kiepskiego humoru. Żona wydała polecenie, które przyrzekłem wykonać, a na wykonanie którego nie mogłem się zdecydować. Chodziło o Azę.

   Aza to pies, właściwie stara suka. Zwierzę naprawdę bezużyteczne i żona miała rację. Azę należało zastrzelić i kupić młodego, rasowego psa. Niewątpliwie żona miała rację. Aza nie nadawała się nawet do spędzenia kur z zasiewów. O użyciu jej jako psa myśliwskiego, lub choćby do polowania na dziki nie było mowy. Było to psisko zaniedbane, wiecznie głodne. Kiedyś służyło za przedmiot zainteresowania dzieci. Teraz gdy podrosły i one wolały mieć innego psa. Sam zdawałem sobie sprawę, że Azy należałoby się pozbyć. Gdyby zaginęła na pewno bym jej nie szukał. Żona radziła ją „sprzątnąć”, a dziś rano powiedziała po prostu:

- Idziesz do lasu, to zabierz to psisko i żebyś mi z nim nie wracał!

   Mimo to wracałem głodny, pod wiatr, a Aza szła za mną. Nie odstępowała mnie na krok. Zapewne była głodna i było jej również zimno. Żeby się choć zawieruszyła, pozostała w tyle, lub zachowała się w sposób wzbudzający gniew. Cały czas szła za mną oddalona o krok. Przystawała, gdy ja stawałem i ruszała, gdy ja ruszałem dalej.

   Wiatr przybierał na sile a deszcz zmienił się w mroźną kaszkę. Suchy śnieg tańczył po leśnej dróżce, wciskał się w oczy, nozdrza, za pazuchę. Byłem zły na post, pogodę, siebie, Azę i na żonę. Na nią najwięcej. Babsko siedzi w ciepłej kuchni, pitrasi jedzenie i zadzierzysty nos karmi błogim zapachem wydobywającym się spod przykrywy. Przyśpieszyłem kroku. Doszedłem już do skrzyżowania leśnych dróg skąd do domu miałem zaledwie kilkaset kroków, gdy stała się rzecz niebywała. Wlokąca się z tyłu Aza wpadła mi pod nogi omal nie wywracając mnie na ziemię. Zawrzałem gniewem i pochwyciłem rękojeść dubeltówki. Wściekły spojrzałem na psa i zdębiałem.

Aza, to flegmatyczne psisko, zmieniła się nie do poznania. Ogon wtuliła pod siebie, sierść na grzbiecie uniosła jak szczotkę, skuliła uszy i warcząc cicho cofała się, szukając o mnie oparcia. Był to widok tak niespodziewany, że zdumienie moje było naprawdę usprawiedliwione.

   Las należący do mojego rewiru był mi tak dobrze znany, że nie było w nim żadnych tajemnic. Zachowanie Azy było jednak tak wyjątkowe, że samo w sobie kryło coś niezwyczajnego. Kierując się nie tyle rozsądkiem, co instynktem jednym skokiem dopadłem grubej sosny i odbezpieczywszy broń zacząłem podejrzliwie penetrować najbliższą okolicę. Nie działo się tu jednak nic nadzwyczajnego. Las huczał i stękał. Nigdzie człowieka ni zwierza. Tylko Aza skomlała, ale jakoś spokojniej, bez poprzedniego wzburzenia.

- Głupie psisko – pomyślałem

   Naraz zainteresowałem się czymś, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi. Był to ślad łapy wielkiego psa. Chwila gruntowniejszej obserwacji i nabrałem niezbitej pewności. Przed chwilą przechodził tędy wilk! Ślad był świeży, prawie ciepły. Że był to ślad wilczy nie miałem wątpliwości. Podłużna, wielka stopa z wysuniętymi do przodu dwoma pazurami i mocno wyciśnięte napięstki to cechy nie spotykane u psów. Poza tym pies pozostawia trop zygzakowaty. Wilczy trop jest prosty, jakby stąpał po linie. Był to więc trop wilka i w dodatku świeży. Świeży ponad wszelką wątpliwość gdyż śnieg padał od kilku minut, a szalejąca zadymka przykryłaby go w ciągu minuty. Zresztą zachowanie Azy świadczyło, że wilk był blisko. Być może Aza go widziała? W jednej chwili minął zły nastrój.

- To będzie frajda gdy na wigilię zjawię się z wilkiem na plecach! – myślałem idąc ostrożnie za tropem.

   Trop wiódł równolegle do drogi w kierunku skąd przyszedłem. Potem skręcił nagle w las. Nie była to okoliczność pomyślna. Wilk biegł z wiatrem i mógł mnie poczuć na bezpieczną odległość. Wprawdzie szalejąca wichura przytłumiła moje kroki, należało jednak przypuszczać, że ostrożny drapieżnik obdarzony dobrym słuchem może mnie równie dobrze usłyszeć i nie pozwoli podejść się na odległość skutecznego strzału. Na razie jednak nie miałem wyboru. Postanowiłem iść za tropem licząc na ewentualną zmianę marszruty wilka pod wiatr. Pościg trwał już przeszło pół godziny, niestety bez zmiany kierunku. Wreszcie postanowiłem użyć fortelu. Niecały kilometr od miejsca w którym się znajdowałem była łąka. Nie szeroka wprawdzie, ale za to długa, bardzo długa. Jeżeli wilk nie zmieni kierunku to będzie musiał ją przejść. Należało go wyprzedzić. Zająć pozycję z drugiej strony. Mając szerokie pole widzenia i wiatr w twarz można było liczyć się z powodzeniem. Rozwinąłem zatem szybkość na jaką mnie było stać, ominąłem szerokim łukiem wilcze tropy i po pewnym czasie zająłem przypuszczalnie dobre stanowisko. Czekałem na wilka. Oczyma wyobraźni widziałem go sunącego przez łąkę i mijającego mnie w odległości nie przekraczającej 30 metrów. Niestety mijały minuty, minął kwadrans. Wilka nie było. Albo nie udało mi się go wyprzedzić, albo też bestia poszła w innym kierunku. Mimo narastającego mrozu robiło mi się coraz goręcej. Przebiegłem łąkę i rozpocząłem poszukiwanie śladów. Szczęśliwie odnalazłem je wkrótce. Moje przypuszczenia sprawdziły się częściowo. Wilk nie zmienił kierunku aż do łąki. Nie przeszedł jej jednak tylko poszedł lewym brzegiem. Rozpocząłem natychmiast dalszy pościg. Długi, nużący i bezskuteczny. Śniegu przybywało coraz więcej. Utrudniało to znacznie marsz, ale za to głęboki trop nie groził zagubieniem. Zbliżał się już wieczór kiedy ostatecznie doszedłem do wniosku, że przeklętego zwierza nigdy nie dopędzę. Wilk albo czuł pościg i nie śpiesząc się zbytnio utrzymywał bezpieczny dystans, albo też kierując się własną polityką ciągnął sobie wiadomym szlakiem. Tak czy inaczej, dla mnie był nieosiągalny. Zmieniłem więc, aczkolwiek z wyraźnym żalem pierwotny zamiar. Rozumiałem, że nie upoluję go samotnie. Postanowiłem go chociaż otropić. Jakoś udało mi się to istotnie. Tuż przed zmierzchem wilk wszedł do niewielkiego młodnika. Nie poszedłem za nim, tylko zająłem stanowisko z drugiej strony. Nie wychodził, nie odszukałem też śladów które pozwoliłyby przypuszczać, że poszedł dalej. Po prostu wilk wszedł do zagajnika i w nim pozostał. Dość już miałem dotychczasowego pościgu. Pocieszając się myślą, że legowisko wilka zostało ustalone zawróciłem do domu. Tyle, o ile pozwalała na to kiepska droga i oślepiająca śnieżyca przyspieszałem kroku chcąc jak najprędzej dotrzeć do domy, do ciepłej izby gdzie czekał suto zastawiony stół wigilijny. Ciężki marsz nie przeszkadzał w układaniu planów. Otóż zaraz po kolacji zatelefonuję kolejno do dwóch sąsiednich leśniczówek. Wyobrażałem sobie miny kolegów, gdy po złożeniu tradycyjnych życzeń zaproszę ich tak od niechcenia, ot niby przypadkiem do pomocy upolowania otropionego przeze mnie wilka. Dalej ustalę z nimi termin. Zjawią się u mnie o wpół do siódmej, na godzinę przed świtem. No tak, tyle na razie, reszta jutro.

   Było mi trochę przykro, że tak znaczne trofeum może paść łupem któregoś z kolegów. No, ale trudno. Będzie tego, komu los przeznaczy. Na mnie spadnie sława jeśli już nie upolowania, to co najmniej otropienia i zorganizowania polowania. Spieszyłem do domu co sił, zwłaszcza, gdy po niespodziewanie napotkanym wyrębie poznałem, że zabrnąłem dalej w las niż początkowo sądziłem. Według mego poprzedniego mniemania otropiony wilk znajdował się w zagajniku oddziału 43. Na trasie oddział 43 – leśniczówka nie było jednak żadnego wyrębu. Musiałem się więc pomylić. Było to zupełnie możliwe jako że wilk kluczył trochę po lesie, a cały czas poświęciłem wyłącznie tropieniu. W dodatku była paskudna zadymka i otropienie zakończyłem już o zmroku. Zatem był to zagajnik oddziału 36, gdyż tylko wracając stamtąd mogłem natrafić na wyrąb. Ta pomyłka zepsuła mi trochę dobry humor.

   Do domu miałem jeszcze 3 kilometry, co przy pustym żołądku i szybko zapadających ciemnościach, no i szalejącym przeciwnym wietrze nie było wcale przyjemne. Wyjście było tylko jedno. Iść i to szybko. Toteż brnąłem omackiem co sił w mdlejących już nogach. Droga dłużyła mi się niemożliwie. Chwilami doznawałem niemiłego wrażenia, że zamiast brnąć naprzód drepcę po prostu w miejscu. Zamiast przewidywanej pół godziny minęła godzina, a przede mną zamiast zbawczego, jasno oświetlonego domu była leśna droga, którą raczej wyczuwałem butami niż mogłem dojrzeć w tumanie śnieżycy. W dodatku ciemno było jak w brzuchu Murzyna po czarnej kawie. Naraz stanąłem jak wryty. Śnieżyca, śnieżycą, ale że znalazłem się na otwartej przestrzeni, tego byłem zupełnie pewny. Z prawej strony był las a z lewej pusta przestrzeń. Uszedłem jeszcze kilkadziesiąt kroków i nie miałem już złudzeń. To był wyrąb. Oparłem się o grubą sosnę, która chroniła mnie trochę przed przejmującym wichrem i zacząłem rozważać. W moim rewirze był tylko jeden wyrąb. Drugi był w sąsiednim leśnictwie. Stąd wniosek, że wilka otropiłem nie w oddziale 43 czy 36 lecz w rewirze sąsiada, najprawdopodobniej w oddziale 6. Wydawało się trochę nieprawdopodobne, ale cudów nie ma. Do domu miałem więc jeszcze przeszło trzy kilometry. Zakląłem głośno. Głód targał wnętrznościami a nogi zrobiły się jak z drewna. Stać w miejscu nie było sensu chociaż oderwać się od sosny nie miałem prawie odwagi. Przemogłem się w końcu i ruszyłem w kierunku domu. Nie był to jednak marsz myśliwego. Był to żałosny pochód włóczęgi nad wyraz utrudzonego. Droga była wprost straszna. Miejscami śniegu nie było wcale i ślizgałem się na gołoledzi. Miejscami powstały zaspy powyżej kolan. W dodatku wiatr dął z niesłabnącą mocą co chwila zmieniając kierunek. Chwilami tylko, gdy droga skręcała nagle, popychał mnie z boku tak gwałtownie , że kilka razy omal nie upadłem. Zaczęło mnie ogarniać chwilowo kompletne zniechęcenie. Wtedy dla ulżenia gotów byłem cisnąć fuzję, a samemu runąć w śnieg. Dać się zasypać i bodaj umrzeć, byle odpocząć. Natychmiast jednak przywoływałem się do porządku. Fuzja była zbyt droga by się jej pozbyć dla przejściowego kaprysu. Zmęczenie trzeba przezwyciężyć, a głód? Człowiek przez wiele dni może obejść się bez jedzenia! Tak rozumując rozładowałem przezornie dubeltówkę by przy niespodziewanym poślizgnięciu się nie spowodować wypadku i brnąłem zwolna wprawdzie, ale stale naprzód. Dopiero napotkanie trzeciego wyrębu było prawdziwym szokiem. Było mi już zupełnie obojętne w którym zagajniku spał otropiony wilczysko, ale trzech wyrębów w tej części lasu nie było na pewno. Owszem, był trzeci, lecz w leśnictwie po przeciwległej stronie mojego rewiru. Sprawa przedstawiała się wprost tragikomicznie. Niewątpliwie minąłem własną leśniczówkę i brnąc z największym mozołem oddaliłem się przeszło pięć kilometrów. Nogi drżały pode mną jak galareta. Koszula przylepiła się do grzbietu, coś łupało mi w głowie i było mi zimno jak wszyscy diabli. Resztką sił i woli wyszukałem jakieś grubsze drzewo. Kucnąłem za pniem i po licznych próbach zapaliłem papierosa. Pomału wracała energia i zdolność myślenia. Wykluczyłem możliwość ominięcia leśniczówki i przejścia na teren przeciwległego leśnictwa. Wiodła tam jedna tylko główna droga i to tuż przy płocie mojego domostwa. Drogi boczne były wąskie, miejscami strome. Należało przy tym okrążyć jedną podmokłą łąkę i dwa leśne jeziora. Mogło być ciemno jak w worku, ale tego na pewno bym nie przeoczył. Pozostała więc tylko druga możliwość. Po prostu zabłądziłem. Nie było zatem trzech wyrębów, tylko jeden lub dwa, które obszedłem dookoła. Uświadomienie sobie tego faktu dawało mi pewną złośliwą satysfakcję.

- Masz głupcze! – mówiłem głośno – Masz to, na co zasługujesz. Odpaliłeś sobie kilkanaście kilometrów, a teraz siedzisz w lesie i wiesz tyle, że masz tyłek z tyłu.

   Zacząłem rozumować. Wiatr wiał cały dzień z kierunku północnego-wschodu. Na pewno nie zmienił kierunku, bo nie zmalała jego siła. Obydwa zręby znajdują się na południe od leśniczówki. Czyli idąc stale pod wiatr muszę przybliżyć się do domu. A więc w drogę, kierunek wiatr! Tak pokrzepiony na duchu zebrałem resztki sił i ruszyłem w drogę. Kiedy jednak znowu wyszedłem na zrąb, dałem za wygraną. Zrozumiałem, że chodzę w kółko i o własnych siłach nie wydostanę się z zaczarowanego kręgu. Ogarnęło mnie nieznane dotychczas znużenie. Chciało mi się tak spać, że odczuwałem wprost fizyczny ból. Z trudem zapaliłem papierosa i siedząc w kucki za jakąś sosną starałem się przemóc ogarniającą mnie senność. Opanowałem się w końcu. Zacząłem rozważać sytuację. Była naprawdę beznadziejna. Oto przez kilka godzin biegałem w kółko i cztery razy znalazłem się w tym samym miejscu. Jeśli dotychczas nie trafiłem do domu to nie trafię tam już przed świtem. Byłem głodny i nad wyraz utrudzony. Jeśli będę usiłował przechodzić całą noc to padnę w końcu i nie znajdą mnie wcześniej niż śnieg stopnieje. Siedząc bez ruchu pod drzewem zamarznę na śmierć w ciągu jednej godziny. Tak źle, i tak niedobrze. Sytuacja o tyle nieprzyjemna, że nie znajdowałem się na dalekiej północy lecz w niewielkim lesie. Wystarczyło niejako sięgnąć ręką by dotknąć człowieka. Sam przecież nie byłem dzieckiem, a mimo to jak dziecko bezradny. Należało jednak coś zrobić. W końcu wpadłem na pomysł bodaj najlepszy. Mróz nie przekraczał dwudziestu stopni, lecz ostry wiatr potęgował zimno. Zszedłem z drogi w las. Zrobiło mi się zaraz cieplej. Po omacku wyszukałem potężny świerk. Wsunąłem się pod zwisające gałęzie. Tu było cicho, sucho i prawie ciepło. W takich miejscach dziki przetrzymują najtęższe mrozy, a człowiek cywilizowany nie jest przecież gorszy od dzikiej świni. Jak mało czasem potrzeba do szczęścia. Gdybym miał jeszcze kawałek chleba! Podzieliłbym się uczciwie z Azą. Och gdyby tak jeszcze koc...

   W świetle zapalonej zapałki rozejrzałem się w tej niecodziennej siedzibie. Szczęśliwie trafiłem na stare legowisko dzika. Poprzedni mieszkaniec z wrodzoną pasją do wygód wymościł solidnie posłanie. Byłem mu za to wdzięczny. Szerokie, zwisające gałęzie oblepione śniegiem tworzyły coś w rodzaju puszystego dachu. Spojrzałem na zegarek. Minęła godzina 22. Do świtu jeszcze dziewięć godzin. Jeśli zamarznę nikt mnie nawet tu nie znajdzie. Aza przytuliła się do mnie. Na razie było ciepło i przytulnie. Górą huczał wiatr, trzeszczały zmarznięte gałęzie, a na niższe partie leciał z ledwie dosłyszalnym szelestem śnieg. Postanowiłem się przespać. Zdjąłem burkę, owinąłem nią głowę wraz z korpusem ciała. Azę wciągnąłem pod burkę i przytuliliśmy się do siebie. Sądziłem, że w tej pozycji mogę odmrozić sobie nogi, ale zamarznąć na śmierć było chyba niemożliwe. Mimo wszystko bałem się trochę tego snu, z którego mogłem się już nie obudzić. Zacząłem więc marzyć. W domu zapalono choinkę. Żona jest być może trochę zdenerwowana. Dzieci są zapewne również niespokojne. Na pewno sądzą, że celowo się spóźniam, by większą zrobić niespodziankę podarunkami. Prawda. Kupiłem żonie chustkę stilonową w grochy i chłopakom scyzoryki. Schowałem to wszystko w obórce w siano. Jeśli nie wrócę...

   Chwilami zasypiałem, to budziłem się znowu. Było mi coraz zimniej. Azie też pewno było zimno bo tuliła się do mnie. Ogrzewaliśmy się własnym oddechem i ciepłem ciał. Sądziłem, że do rana już niedaleko. Znowu zapaliłem zapałkę. Dochodziła północ. A więc jeszcze siedem godzin. Znów zasnąłem. To nie był już sen, lecz jakieś koszmarne odrętwienie. Jak długo trwał taki stan nie miałem pojęcia. Obudziłem się nagle, bez wyraźnego powodu. Czułem tylko mróz we wszystkich stawach i umysł miałem zupełnie jasny. Jasno było również na świecie. W pierwszej chwili nie wiedziałem nawet gdzie się znajduję. Aza tuliła się do mnie gwałtownie z cichutkim skowytem. Pogłaskałem ją po łbie, ucichła więc, ale jej chude ciało przechodziły nerwowe dreszcze.

   Szalejąca od wczoraj wichura ucichła. Zmarznięte, ośnieżone drzewa stały ciche, jakby zamarłe w bezruchu. Mleczne światło księżyca odbijało sie od śniegu, który wydawał się jeszcze bielszy. Niewątpliwie była to noc, lecz tak jasna jak dzień. Temperatura obniżyła się chyba jeszcze o kilka stopni. Chciałem zerwać się na nogi gdy uwagę moją zwrócił dziwny szmer. Zupełnie tak, jakby ktoś jechał rowerem po piaszczystej ścieżce. Szmer wzrastał ciągle. Nie widziałem nic, ale nastawiwszy uszy mogłem dokładnie określić odległość i kierunek dziwnego odgłosu. Najwyraźniej jakieś zwierzę myszkowało w kopnym śniegu. Aza przytuliła się jeszcze gwałtowniej, a ja zamarłem ze śmiertelnego przerażenia. Zza ośnieżonego jałowca wysunęły się ostrożnie jakieś szare zwierzęta. Jeden, drugi, trzeci ... To wilki! Słyszałem juz nieraz o wilkach. Widziałem je nawet w ZOO. Patrząc na te marne zwierzęta dziwiłem się zawsze, że tyle zła im przypisują. Nie mogłem sobie jakoś wyobrazić by taka chodząca nędza była zdolna udusić jelenia lub konia. Nie wierzyłem w bajki i miałem rację. Wilk z ogrodu zoologicznego tak jest podobny do wilka z lasu jak wynędzniały więzień do żołnierza – zwycięzcy. Te wilki nie budziły uczucia litości. Budziły grozę. Pierwszy wilk wielkością dorównujący sporemu cielakowi miał długie, siwe kudły. Trójkątny łeb z długim pyskiem kierował wprost w stronę naszej kryjówki. Zbliżał się lekkim, ostrożnym krokiem. Za nim, jak cienie sunęły dwie pozostałe sztuki. Leżałem cicho nie śmiejąc nawet oddychać. Zrozumiałem, że zbliża się śmierć. Ten pierwszy rozszarpie mnie prędzej niż zdążę krzyknąć. Nie zmrużyłem oczu gdy bestia zrównała się z gałęziami świerka. Czułem gwałtowne bicie swego serca i serca Azy, nie mniej ode mnie przerażonej. I stała się rzecz zupełnie niespodziewana. Wilk zatrzymał się powoli. Podniósł zadnia nogę i poprzez zaśnieżone gałązki trysnęła struga cuchnącego moczu. Tak samo postąpiły dwa następne wilki.

   Leżałem jak martwy. Wolno zanikał szmer oddalających się zwierząt. W końcu zapanowała cisza. Wygramoliłem się spod świerka i ruszyłem w stronę domu. Aza człapała za mną.

 

Publikacja dzięki uprzejmości syna, Krzysztofa Gaszyka

   Panu Bogu starość zdecydowanie się nie udała. Po długiej i ciężkiej chorobie, w połowie 2013 roku, w wieku 90 lat zmarł mój ojciec, Edmund Gaszyk. Ostatnie lata życia cechowały się postępującymi objawami choroby Parkinsona, między innymi coraz to gorszą pamięcią. Na szczęście, zanim kontakt z ojcem stał się już całkiem niemożliwy zdążył przekazać mi wiele informacji ze swojego długiego życia. Już po jego śmierci, porządkując pozostawione dokumenty, odnalazłem szereg rękopisów i maszynopisów, które uznałem za godne utrwalenia i przekazania wszystkim, którzy będą tego chcieli.

Oto jego krótka historia:
   Urodził się w 1923 roku w Koronowie k/ Bydgoszczy. Do zakończenia II wojny światowej mieszkał we wsi Samociążek położonej w pobliżu Koronowa. W okresie wojny, z nakazu Arbeitsamtu, pracował jako robotnik rolny w gospodarstwie Niemca Kuhlmeiera. W okresie bezpośrednio powojennym po ukończonym kursie pedagogicznym w Morągu podjął pracę jako nauczyciel w Siemianach nad jeziorem Jeziorak. Po kilkuletniej pracy w tym zawodzie przeniósł się do Barczewa, gdzie mieszkał do końca życia. W Barczewie pracował jako główny księgowy we Włókienniczej Spółdzielni Pracy „Warmianka”, której był współzałożycielem. Jego życiową pasją było wędkarstwo. Nad wodą spędzał większość wolnego czasu. Bardzo lubił wszelki kontakt z przyrodą. Był zaangażowanym działkowiczem, chętnie odwiedzał las, gdzie świetnie wiedział jak znaleźć piękne, pachnące grzyby. Miał też jeszcze jedną pasję, o której nie wiedziało zbyt wielu znajomych. Próbował swych sił jako autor wielu utworów literackich. Utwory te oparte były na jego własnych przeżyciach. Niektóre brały udział w konkursach literackich organizowanych przez Wydawnictwa Literackie i gazety. Zachowały się dowody, że jego utwory spotykały się z uznaniem organizatorów, otrzymywał nagrody. Żadne dzieło nie doczekało się jednak druku.

 

 


 

wspomnieniazkniei   Jeśli i wy spisaliście własne lub zasłyszane wspomnienia z kniei, którymi chcielibyście podzielić się z innymi czytelnikami, nadsyłajcie je do PŁ. Wasze wspomnienia ukażą się w serwisie PŁ i być może w późniejszym wydawnictwie książkowym. Nadsyłajcie wspomnienia i opowiadania za pośrednictwem formularza na stronie Wspomnienia z kniei
 

 

Daj się odnaleźć

Wspomnienia z kniei

Ankiety łowieckie

Pogotowie postrzał.

TOP