Kiść tataraku - fragment powieści Edmunda Gaszyka

 

Kiść tataraku - fragment niedrukowanej powieści Edmunda Gaszyka z 1955 r.

 

   Wieczór był ciepły i noc zapowiadała się parna. Zwyczajnie, jak przed zmianą pogody na pluchę. Górą pojękiwały dzikie gęsi, czasem powietrze przeciął ostry świst – to stadko dzikich kaczek ciągnęło na żerowisko. Komary brzęczały nad głową jak wiosną i bezszelestne cienie nietoperzy ciemnymi pasemkami wirowały w mroku. Po niebie ciągnęły ciężkie, grube chmury i tylko gdzie niegdzie migotała gwiazda. Czasem tylko, w przerwie między jedną chmurą a następna, blady sierp księżyca wyglądał zza konaru, nieśmiało oświetlał leśną polankę i krył się w czerni. Las drgał jakimś dziwnym, nieuchwytnym tętnem, dyszał cichą, acz nieskrępowaną pełnią życia. Karzecki z Barszczem siedzieli w dole pod rozłożystym krzakiem wikliny. Siedzieli cicho osłonięci całkowicie przed okiem leśnych mieszkańców. Przed nimi roztaczał się mglisty widok na obszerną polanę czasem ginącą w mroku, to znów zalaną mlecznym światłem.

- Jak pan myśli? Wyjdzie? – spytał szeptem Karzecki.

Barszcz niezdecydowanie wzruszył ramionami

- Może...

   Znów zaległa cisza przerywana bzykaniem komarów, które na szczęście nie kąsały zupełnie. Czasem w lesie trzasnęła jakaś gałązka nadepnięta czyjąś stopą. Jakiś ptak zakwilił przez sen. W nieregularnych odstępach czasu nocną ciszę przerywał głuchy, przeciągle ochrypły ryk. To jelenie – byki obwieszczały stadu swych samic i rywalom, że czuwają. Nagle za plecami siedzących rozległ się dziki tętent i wściekły wrzask rozdarł powietrze. Karzecki aż podskoczył z wrażenia, a Barszcz cicho zaklął. To kozioł, mąż sarny, dążył na pastwisko i natknąwszy się na ludzi ogłaszał intruzów. Zadziwiający jest bowiem fakt, że sarna, ta najzgrabniejsza leśna baletnica, odznacza się głosem nader przykrym. Zwierzę to zwietrzywszy niebezpieczeństwo szczeka jak pies. Godzinami potrafi oszczekiwać intruza czym może zdenerwować nawet bardzo spokojnego człowieka. Jeśli jednak kozioł zostanie znienacka zaskoczony przez faktycznego lub domniemanego wroga zdobywa się na tak okropny wrzask jakim żadne europejskie zwierzę poszczycić się nie może. Wrzask kozła nocą jest tak nieprzyjemny, że nawet doświadczony człowiek, dobrze obeznany z leśną fauną dozna na moment przykrego wrażenia. Nowicjusza, zwłaszcza samotnego, może przyprawić o szok nerwowy.

- Poczekajmy jeszcze pół godziny. Jeśli nie wyjdzie to trudno – szepnął leśniczy.

- Dobrze.

   Ciemna chmura przeciągała na południe i księżyc nieśmiało jeszcze zajrzał poprzez konary. Barszcz odruchowo pomacał dubeltówkę. Otrzymał zezwolenie na odstrzał jelenia i spodziewał się uczynić to dzisiejszego wieczoru. W tym celu zabrał do lasu Karzeckiego. Chciał by nauczyciel posłuchał koncertu jelenich głosów i jednocześnie dać emocję polowania. Miał zamiar ubić jelenia, starego byka, który wyjątkowo silnym i ostrym wieńcem zagrażał zdrowiu swych rywali. Wyśledził go już dawno i poznał jego zwyczaje. Byk ten o zmroku wychodził na tę polanę.

- Patrz pan!

   W świetle miesiącowego blasku, na polanie poruszało się kilka cieni. Było to stadko łań, zwierząt brzydkich, z wyglądu przypominających osły. Wbrew bowiem piewcom leśnych uroków, gwoli prawdzie powiedzieć trzeba, że łania nie należy do zwierząt oku miłych. Posiada wielką głowę, długie uszy, cienką szyję i wielkie brzuszysko. Określenie „kobieta jak łania” wcale nie brzmi pochlebnie i powinno być usunięte z repertuaru komplementów. Jeśli kobiety przyjmują to bezkrytycznie, tym gorzej dla nich. Stadko łań sunęło wolno skrajem polany w odległości około pięćdziesięciu kroków od kryjówki obu mężczyzn. Środkiem ciągnął jeleń górujący nad stadem wzrostem. Kapitalny byk krągłych kształtów, proporcjonalnej głowie, tęgim karku i lwiej grzywie. Zwierz sapał robiąc wrażenie podnieconego. W pewnym momencie stanął, potężny wieniec położył na grzbiecie.

- Ey, ey, ey – przebrzmiał jego niski, przeciągle dudniący ryk.

  Gdzieś z daleka jak echo nadeszło w odpowiedzi ryczenie. Nagle coś załomotało w krzakach. Z lasu jak duch wysunął się szary cień. Stadko łań zbiło się w kupę. Wódz stada wykonał pół obrotu, pochylił łeb i skoczył na przeciwnika. Skoczył i trafił w próżnię. Przybysz okazał się graczem nie lada. Uskoczył lekko w bok i natarł na szarżującego rywala. Karzeckiemu zdawało się, że nic nie uchroni rozpędzonego byka przed bocznym gwałtownym uderzeniem. Widocznie trafił jednak swój na swego. Tylne kopyta wykonały w powietrzu pół obrotu, cielsko atakującego obróciło się o dziewięćdziesiąt stopni. Przez moment byk stał na przednich badylach a jego kark skręcił się gwałtownie dokonując silnego uderzenia. Rozległ się suchy trzask poroży i oba byki odskoczyły
od siebie.

- To ten! Nasz widlarz! – szepnął leśniczy kierując lufę w stronę byków.

Karzecki pociągnął leśniczego za rękaw.

- Poczekajmy...

   Leśniczy opuścił lufę. Okazja do strzału była wyborna. Widowisko było jednak fascynujące, doskonale rozumiał nauczyciela. Dwa byki, nie podejrzewając obecności niebezpiecznych kibiców, bodły się zapamiętale. Nie była to jednak walka siłowa jak u bydła domowego. Była to walka dwóch świetnych szermierzy. Pochylonymi łbami wykonywały krótkie, energiczne ruchy. Czasem któryś z nich posuwał się o krok, czasem o dwa, trzy kroki. Przeciwnik cofał się, to znów przechodził do kontrataku. Błyskawiczne zwroty i półobroty, głębokie wypady wymierzone w tułów i parowane natychmiast i znów suche, krótkie postukiwanie rozlegało się nader licznym trzaskiem. Walka przybierała na gwałtowności. Stadko łań przyglądało się zapasom bez specjalnego zainteresowania. Obaj mężczyźni zaczęli dygotać z podniecenia. Nagle, tuż za ich plecami rozległo się donośne szczeknięcie. Odwrócili się instynktownie. Spłoszony kozioł rwał przez gąszcze zanosząc się chrypliwym szczekaniem. Znów spojrzeli na polanę. Świeciła pustką. Znikło stadko łań i walczące byki. Podnieśli się z wykrotu prostując zdrętwiałe kolana.

- Masz babo placek – odezwał się Karzecki

- Trudno – westchnął leśniczy nie wiadomo czy z żalem, czy z ulgą.

 

Publikacja dzięki uprzejmości syna, Krzysztofa Gaszyka

   Panu Bogu starość zdecydowanie się nie udała. Po długiej i ciężkiej chorobie, w połowie 2013 roku, w wieku 90 lat zmarł mój ojciec, Edmund Gaszyk. Ostatnie lata życia cechowały się postępującymi objawami choroby Parkinsona, między innymi coraz to gorszą pamięcią. Na szczęście, zanim kontakt z ojcem stał się już całkiem niemożliwy zdążył przekazać mi wiele informacji ze swojego długiego życia. Już po jego śmierci, porządkując pozostawione dokumenty, odnalazłem szereg rękopisów i maszynopisów, które uznałem za godne utrwalenia i przekazania wszystkim, którzy będą tego chcieli.

Oto jego krótka historia:
   Urodził się w 1923 roku w Koronowie k/ Bydgoszczy. Do zakończenia II wojny światowej mieszkał we wsi Samociążek położonej w pobliżu Koronowa. W okresie wojny, z nakazu Arbeitsamtu, pracował jako robotnik rolny w gospodarstwie Niemca Kuhlmeiera. W okresie bezpośrednio powojennym po ukończonym kursie pedagogicznym w Morągu podjął pracę jako nauczyciel w Siemianach nad jeziorem Jeziorak. Po kilkuletniej pracy w tym zawodzie przeniósł się do Barczewa, gdzie mieszkał do końca życia. W Barczewie pracował jako główny księgowy we Włókienniczej Spółdzielni Pracy „Warmianka”, której był współzałożycielem. Jego życiową pasją było wędkarstwo. Nad wodą spędzał większość wolnego czasu. Bardzo lubił wszelki kontakt z przyrodą. Był zaangażowanym działkowiczem, chętnie odwiedzał las, gdzie świetnie wiedział jak znaleźć piękne, pachnące grzyby. Miał też jeszcze jedną pasję, o której nie wiedziało zbyt wielu znajomych. Próbował swych sił jako autor wielu utworów literackich. Utwory te oparte były na jego własnych przeżyciach. Niektóre brały udział w konkursach literackich organizowanych przez Wydawnictwa Literackie i gazety. Zachowały się dowody, że jego utwory spotykały się z uznaniem organizatorów, otrzymywał nagrody. Żadne dzieło nie doczekało się jednak druku.

 

 


 

wspomnieniazkniei   Jeśli i wy spisaliście własne lub zasłyszane wspomnienia z kniei, którymi chcielibyście podzielić się z innymi czytelnikami, nadsyłajcie je do PŁ. Wasze wspomnienia ukażą się w serwisie PŁ i być może w późniejszym wydawnictwie książkowym. Nadsyłajcie wspomnienia i opowiadania za pośrednictwem formularza na stronie Wspomnienia z kniei
 

 

Daj się odnaleźć

Wspomnienia z kniei

Ankiety łowieckie

Pogotowie postrzał.

TOP