Na ostrzu noża

 

Jak każdy chłopak, od zawsze marzyłem o nożu. Nie musiał być duży, ale powinien być ostry i mieć wygodną rękojeść.  Wyobrażałem sobie, że będzie miał skórzaną pochwę, którą umocuję przy pasku tak, żeby łatwo było wyswobodzić  nóż kiedy tylko będzie potrzebny. A przecież potrzebny był mi co chwilę! A to wyciąć patyk do pieczenia kiełbasy nad ogniskiem, a to wystrugać łódkę z kory, albo nałupać szczapek na rozpałkę. Zawsze coś! Pierwszy nóż zrobiłem sobie sam. Miał ostrze zrobione ze starej finki mojego brata, która rozpadła się po jakimś obozie harcerskim. Obsadziłem je w parostku kozła, zeszłorocznym zrzucie znalezionym podczas jesiennego spaceru. Nie był to szczyt moich marzeń, ale spełniał swoje zadanie i wzbudzał zazdrość kolegów. Towarzyszył mi wszędzie: podczas wypadów do lasu, na ryby, na grzybobraniu i w czasie górskich wędrówek. Kroiłem nim chleb w schronisku, wycinałem proste wzory w kawałkach drewna, przecinałem niesforne sznurowadło, kiedy przypadkiem związało się w twardy  supeł. Mijały lata, moje marzenia o nożu spotęgował fakt, że zostałem myśliwym. Co to za myśliwy bez noża?? Przeglądałem katalogi, podpytywałem kolegów, rozglądałem się po sklepach, ale nigdzie nie trafiłem na ślad noża, który byłby spełnieniem moich  marzeń. Koledzy kpili: „ co tu jest do wybrzydzania, nóż to nóż, kup jakikolwiek, a jak nie będzie pasował, to kupisz inny”. Nie, to nie tak, nie potrzebowałem  byle kozika, tylko porządnego noża, noża – przyjaciela, na którego mogłem zawsze liczyć. Reklamy w myśliwskich czasopismach prześcigały się w wychwalaniu  niezawodnych ostrzy, ale kiedy patrzyłem na zdjęcia czułem, że to nie jest to. Nóż, niezbędny element wyposażenia każdego łowcy, powinien mieć swoją duszę tak, jak broń, czy myśliwski kapelusz po dziadku.

Wyjazd w Bieszczady miałem zaplanowany od dawna, co roku robiłem sobie taki kilkudniowy wypad. Przyjaciel ze studiów zapraszał  mnie w swoje łowiska, a dla mnie, polowanie w ukochanych górach, po ciągłym oglądaniu mazowieckich równin było balsamem zarówno dla oczu jak i dla duszy. Jak zawsze  wszystko miałem zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, spakowany plecak, samochód po przeglądzie, wyłączony  telefon komórkowy  i głowę  pełną marzeń. O czym marzyłem? Jak zawsze o byku. Potężnym, bieszczadzkim byku, którego obserwowałem od wielu lat. Nigdy jednak nie miałem śmiałości nawet złożyć się do strzału, wydawało mi się, że to nie ten czas. Odwlekałem ostateczną rozgrywkę między mną a  nim, tłumacząc sobie, że żaden z nas nie jest do niej dostatecznie przygotowany. Ostatnie tygodnie w pracy były stresujące, podpisanie ważnego kontraktu wyssało ze mnie wszystkie siły, ale zmęczenie ustąpiło w chwili gdy stanąłem w progu leśniczówki, a tubalny głos mojego kolegi oznajmił mi, że „polowanie czas zacząć!”. Zaczęliśmy. Włóczyliśmy się po okolicy, zaglądaliśmy w stare kąty, siadaliśmy na  ambonach, na  które mało kto zaglądał, bo dotrzeć do nich było wyjątkowo trudno. Nocami gadaliśmy o wszystkim i o niczym, żeby przed świtem znowu wyruszyć w łowisko. „Mój” byk chyba wiedział, że przyszedł jego czas, czekał na mnie pewnego zamglonego poranka, przy kępie posiwiałych brzóz. Pochylony łeb i zapadnięte boki świadczyły o tym, że tegoroczne  rykowisko nie było dla niego łatwe. Pożegnalny strzał zabrzmiał jak salwa honorowa na pogrzebie wysokiej rangi oficera. Kiedy podszedłem do niego, leżał wśród zrudziałych traw, mokry od  rosy, lżejszy o duszę, która uleciała z niego i hula teraz po niebieskich  pastwiskach świętego Huberta. Za plecami usłyszałem kroki i po chwili ciężka ręka poklepała mnie po ramieniu: „będzie medal! Jak nic! Coś mam dla Ciebie, woziłem go ponad dwa  lata w samochodzie, czekał na specjalną okazję.”  Biorę z rąk kolegi niewielki kartonik, ze środka wysuwa się skórzana pochwa. Nóż  moich marzeń!  Rogowa rękojeść idealnie leży w dłoni, błyszczące ostrze pokryte jest jakimiś rysunkami, których nie mogę rozszyfrować, coś mi się z oczami stało, jakaś mgła. „Podoba ci się?” –  ze wzruszenia nie mogę wydusić słowa, kiwam tylko głową i pochylam się nad płowym cielskiem. 

 

Katarzyna Lewańska-Tukaj

www.fotografialowiecka.pl

 


 

wspomnieniazkniei   Jeśli i wy spisaliście własne lub zasłyszane wspomnienia z kniei, którymi chcielibyście podzielić się z innymi czytelnikami, nadsyłajcie je do PŁ. Wasze wspomnienia ukażą się w serwisie PŁ i być może w późniejszym wydawnictwie książkowym. Nadsyłajcie wspomnienia i opowiadania za pośrednictwem formularza na stronie Wspomnienia z kniei
 


 

Daj się odnaleźć

Wspomnienia z kniei

Ankiety łowieckie

Pogotowie postrzał.

TOP