Mój imieninowy wilk

ROMUALD SOSZYŃSKI

/ gawęda myśliwska/

MÓJ IMIENINOWY WILK

   Od kiedy sięgam pamięcią, to zimy w południowo-wschodnim zakątku Polski zawsze były konkretne, mroźne i śnieżne. Pory roku zaznaczały się bardzo wyraźnie. Jak wiosna, to wybuchała gwałtownie, topiąc śniegi na polach i wyzwalając masy wody. Jak lato, to upalne i suche z przelotnymi burzami od czasu do czasu. Jak jesień, to z babim latem, zasnuta dymami z kartoflisk i pachnąca pieczonym ziemniakiem. Gdy przyszła zima, to trzymała od listopada do początku marca, bo na św. Józefa w moim miasteczku Nisku, wraz z parafialnym odpustem, pojawiały się nasze bociany. Patron naszej parafii, czynił miasteczko odświętnym, ba nawet młodzież i dziatwa szkolna nie miała w tym dniu lekcji. Taki to specyficzny wpływ na miasto miały powracające z Afryki bociany.

   Będąc niespełna siedemnastoletnim młodzieńcem, w jesieni 1954 roku, wraz z bocianami, odleciałem i ja z mego ukochanego miasteczka też na południe. Zabrałem ze sobą jedynie wspomnienia o niespełnionych młodzieńczych marzeniach, obraz Sanu z dziką, czystą plażą na której doświadczałem budzenia się mojej męskości, zapach czystego piasku i z niczym nieporównywalny aksamit opalonej skóry pięknie pachnącej dziewczyny. Osobisty bagaż to zapas bielizny na zmianę, jakiś ręcznik i szczotka do zębów oraz portfel z dokumentami, bo o jakiejkolwiek kwocie w złotówkach nie było mowy. Co prawda nie wylądowałem w Afryce, a jedynie w pobliżu Bieszczad, na pogórzu Dynowskim. Znalazłem się nie tak daleko od Niska, a jednak w całkiem innym świecie.

   Dlaczego się tam znalazłem? Ano z własnej i nieprzymuszonej woli, albo jak kto woli z własnej głupoty, albo jak kto woli z poczucia patriotyzmu, albo jak kto woli z biedy normalnej, w pogoni za jakimś tam zarobkiem. Albo, albo, albo... Albo, albo, albo...Teraz jednak myślę, że decyzję podjąłem z powodu zbyt niskiej samooceny w obawie przed oblaniem matury. W każdym razie na apel ZMP, wzywający patriotyczną młodzież do pionierskiej pracy na roli, zostałem ratownikiem polskiego, jak zwykle podupadającego rolnictwa. Dzisiaj nawet o tym się nie wspomina. Jednak „pionierski zaciąg” do pracy w PGR-ach, nie był epizodem bez znaczenia dla tysięcy młodych ludzi kierowanych mimo wszystko pobudkami patriotycznymi. Cóż młodość i naiwność zawsze chodzą w parze.

   Jak zwykle w takich razach otoczka była i patriotyczna i kulturotwórcza z udziałem czołowych chałturników PRL tamtych czasów i wspólny obiad w wykwintnej restauracji z pięknym nakryciem stołu, gdzie wypadało jeść nożem i widelcem, a nie każdy znał takie sztuczki. Jakieś przystawki wymyślne z małymi widelczykami, desery, kompoty z salaterek. Wykwintność tego stołu wielu spośród nas całkowicie onieśmieliła. Teraz to przynajmniej w telewizji takie bankiety oglądam i wiedziałbym jak się zachować, wówczas byliśmy odrętwiali. Pamiętam jednak do dzisiaj, jak pianistko - wokalistka śpiewała pięknie: „Walczyk ten, słowa te, Przemyśl Warszawie śle, w rytmie walca dwa miasta chcą żyć”, a potem... Potem zaczęła się birczańska, twarda rzeczywistość. Błoto, PGR-owskie gumiaki i onuce, a potem nawet i zawszenie i pijaństwo i robota od świtu do nocy.

   Akcje następujące po sobie z okazji zmian pór roku. Orka nieużytków, akcja siewna, sianokosy, akcja żniwna, zwózka , omłoty i tak na okrągło. W akcjach tych wszyscy brali udział, bez względu na stanowisko, czy brygadę w której byli zatrudnieni. Praca od świtu do nocy i brak czasu dla siebie, stąd brud, stąd wszy, „sracz” w krzakach, toaleta w zimnym strumieniu, a w zimie woda ze stopionego na żelaznym piecyku śniegu. Gorzej podobno mieli ci co pracowali w PAGE-Dzie, w transporcie drewna, bo jeszcze przy okazji ginęli przywalani kłodami, lub pod kołami własnych samochodów. Marek Hłasko, co nieco przejaskrawiając, nieźle to jednak opisał. Sam widziałem takiego zgniecionego PAGED-owca na drodze z Birczy do Przemyśla.

   Jedno mogę stwierdzić na pewno, że ludzie, mimo sporów i zatargów, a czasem i bójek, byli sobie życzliwi i spontanicznie w krytycznych chwilach służyli pomocą, bez względu na porę dnia czy nocy. Człowiek jako członek społeczności ma to chyba w swych genach zakodowane, że w nieszczęściu niesie pomoc, bez względu na ryzyko, podobnie zresztą jak każda mróweczka.

   Nie zapomnę starszej pani, namiętnej palaczki byle jakich papierosów, która z matczyną troskliwością karmiła to PGR-owskie stadko, przygotowując jedzenie już od czwartej rano. Karmiła tę sporą gromadkę posiłkami bardzo smacznymi, chociaż warunki ich przygotowania nie były najlepsze. Zwykła węglowa kuchnia, nie spełniała nawet części warunków dzisiejszych wymyślnych kuchenek, choćby takich jak to pokazują w telewizji, przy okazji programów Maćka Kuronia. Być może nie mieliśmy zbyt dużych wymagań, albo byliśmy naprawdę wygłodniali? W każdym razie nie pamiętam skarg na jakość jedzenia.

   Praca pionierskiej młodzieży była naprawdę niełatwa. Dziewczyny, które porzuciły swoje rodzinne mikroskopijne gospodarstwa, by ulżyć rodzicom, znalazły pole do popisu jako dojarki obsługujące spore stado krów rasy czerwonej polskiej. Krówki te. na szczęście dające niewiele mleka, były dojone dwa razy dziennie, co i tak wkrótce zaowocowało grubą jak podeszwa skórą na dłoniach nieszczęsnych dojarek. Dziewczyny ze wsi przyzwyczajone od dziecka do ciężkiej pracy w gospodarstwie, zanim przywykły do tego dojenia i nim skóra ich dłoni przybrała wygląd podeszwy, naprawdę cierpiały lecząc pękające bąble.

   Chłopcy z brygady hodowlanej, w tej liczbie i ja mieli nieco „lżejszą” pracę, bo wywozili obornik spod tych krówek na pola i rozrzucali go przed orką widłami. (Rozrzutnik do obornika wymyślił jakiś leń nieco później i znalazł on zastosowanie do paskudzenia polskich dróg w czasie blokad Andrzejkowych). Praca ta wykonywana przeważnie w czasie mrozu i na tęgo wiejącym wietrze stwarzała okazję do ciężkich przeziębień, objawiających się „rychaniem”, czyli nieustającym kaszlem, ale nieźle hartowała „komuszą młodzież”. Ponieważ najbliższy felczer urzędował w Birczy, obywało się bez leczenia. Samo przyszło, samo odeszło. Jakoś nikt nie umarł.

   Jednak młodość i w takich warunkach ma swoje prawa i mimo ciężkiej pracy znajdzie coś ciekawego, romantycznego wręcz, coś co utrwali w pamięci, zapominając o codzienności.

   Dzisiaj, po przeszło sześćdziesięciu latach, czasy te wspominam nie bez sentymentu. Pamiętam wioski po Łemkach i nie tylko, bo i polskie, wypalone do cna, ze sterczącymi w niebo kikutami kominów i resztkami pieców, na których przed pożogą sypiały całe rodziny. Nienaruszone kapliczki, krzyże przydrożne i wiejskie cerkiewki, które po odkurzeniu mogłyby nadal wysłuchiwać modłów i śpiewów diakonów, bo miejsca kultu były szanowane przez oba narody. Pamiętam sady rodzące dorodne jabłka, choć nie pielęgnowane powinny zdziczeć jak cała ta kraina. Resztki ogrodzeń i całe piwnice rojące się od żab, jaszczurek i pająków. Walące się studzienne żurawie i zasypane studnie, a także popalony sprzęt wojskowy, pordzewiałe żelastwo, niemi świadkowie czyjejś śmierci i ciężkich w tym rejonie walk z UPA.

   Gdy pytałem z młodzieńczą ciekawością o wcale nie tak odległy czas, o strach i noclegi w zbożach z całym dobytkiem, bo UPA plądrowała polskie wioski nocą, to ci co ten koszmar przeżyli i zachowali strach, a teraz ( 1954-56r.) mieszkali w autentycznych kurnych chatach, o których uczyłem się w szkole, jak o jakiej prehistorii, z przerażeniem ten czas grozy wspominali. Tragiczne opowieści o ojcach mordujących własne dzieci spłodzone z Laszką, nie mówiąc o wyrzynaniu całych polskich rodzin znacznie przekraczały moją wyobraźnię o nienawiści ludzkiej. Czytałem Tarasa Szewczenkę i jego Kobzara mam do dzisiaj w swojej biblioteczce i nie mogłem pojąć jak dwa słowiańskie narody mogły się tak znienawidzić. Gdy jednak dzisiaj słucham wynurzeń choćby takich jak księdza Janusza Popławskiego wyeksmitowanych przez TVP w dniu 15. 06. 1999r. w audycji o mniejszościach narodowych, z których fragment pozwolę sobie dosłownie zacytować: „/.../ Żyliśmy jak jedna wielka rodzina. Cała służba u nas to byli przecież, bez wyjątku, Ukraińcy. To są nasze kresy!”. Nic dodać, nic ująć. Teraz chyba już wiem o co chodziło. Księdzu do dzisiaj się wydaje, że jest z rasy panów, a Ukrainiec to służba i gdzie tu mowa o jednej wielkiej rodzinie? Przestałem się dziwić Ukraińcom, może i mieli rację, tyle że nie tych wyrzynali, bo i co im zawinił taki sam biedak? Dzisiaj jestem dojrzalszy o Kosowo i wiem, że nienawiść zawsze może nadejść. Nie dziwię się więc zawziętości Polaków zamieszkałych w tamtych stronach, w zwalczaniu wszelkich prób pojednania i ustępstw na rzecz Ukraińców, choćby nawet w kwestii godziwego pochówku niegdysiejszych mołojców, zagrzebanych po walkach o Birczę na chłopskim polu.

   Nie dziwię się zapieczonej nienawiści mieszkańców tamtych stron, Polaków, do wszystkiego co chce tam wrócić, bo stoi mi przed oczyma wierzba płacząca, rozłożysta, rosnąca nad rzeczułką Stupnicą w pobliżu starej cerkiewki. Na tym to drzewie, jak ze łzami w oczach opowiadał mi Józef Pacławski, rdzenny mieszkaniec Leszczawy Dolnej, banderowcy powiesili polską nauczycielkę za nogi i nad tą młodą dziewczyną rozebraną do naga sadystycznie się znęcali, by w końcu obciąć jej piersi. W męczarniach wykrwawiła się, długo konając tylko dlatego, że była Polką. Pobliska cerkiewka patrzała na ten straszny skon okiem okrągłej różycy umieszczonym nad wejściem i nie reagowała, przyzwyczajona widać do męki Pańskiej i ludzkiej, bijącej z każdej ikony i każdego krzyża.

   Dziwne dla mnie i to było w tamtym czasie, że nikt spośród miejscowych Polaków nie naruszył świętości tej cerkwi. Dziwne że nikt się nie połasił (do czasu) na ikony zdobiące ołtarz główny i boczne oraz pozawieszane na ścianach cerkiewki. Mimo kurzu i pajęczyn, polichromie lśniły złoceniami na starym lipowym drewnie, a zakurzone, wyklęczane klęczniki jak gdyby czekały na wiernych i kadzidła popa. Cisza tu i oczekiwanie. Piękno stworzone rękami artystów i zastygła w kurzu pajęczyn modlitwa wiernych. Wszystko to zastałem, gdy z uczuciem niepewności i podświadomego strachu, otwierałem skrzypiące wrota cerkiewki i wszedłem do świątyni ponaglany jakąś niezdrową ciekawością.

   Poczułem nagle czyjś wzrok na sobie i gdy uniosłem głowę w stronę zwieńczenia ołtarza oświetlonego smugą słoneczną wpadającą przez zakurzone szybki różycy, olbrzymi puchacz, groźnie na mnie patrząc, rozłożył skrzydła i bezszelestnie spłynął z ołtarza jak jaki karzący anioł, by tuż nad moją zjeżoną z przerażenia głową wylecieć na światło dnia przez otwarte odrzwia cerkiewki.

   Po dłuższej chwili odzyskałem władzę nad swym ciałem i w skupieniu zacząłem oglądać cerkiew, najprawdopodobniej, unicką. Przetrwała wojnę i walki z UPA, przetrwała akcję „Wisła”, nie spłonęła i trwała na swym pagórku. Trwała, chociaż drewno już się wykrzywiało i gonty gdzieniegdzie pogniły. Nikt nie obrabował jej z ikon, koronkowych obrusów, rzeźbionych świątków i nadpalonych gromnic. Na głównym ołtarzu uwagę moją zwrócił obraz ostatniej wieczerzy, jak fatum ostatniej mszy popa. Był oparty o tabernakulum i bałem się go tknąć. Przeżegnałem się nabożnie i opuściłem ten przybytek wiary niczego nie ruszając, niech trwa.

   Szacunek dla miejsc kultu został mi zaszczepiony przez moją matkę, tak zostałem wychowany i tak uważam do dzisiaj, a siedzącego na głównym ołtarzu anioła - puchacza nigdy nie zapomnę, bo ten ginący w Polsce gatunek olbrzymiej sowy napędził mi niezłego strachu.

   Nie o tym jednak chciałem snuć te powiastkę, bo obok puchacza i cerkiewki utrwalił się w mej pamięci pierwszy raz w życiu widziany trop wilczej watahy na ponowie. Gdy jechałem na swym Kasztanie sprawdzić jak się mają sterty PGR-owskiego siana na odludnym pustkowiu, to wilcze tropy przecięły się z mym szlakiem.

   Kasztan miał już piętnaście lat i mimo stromego kopyta lewej przedniej nogi, zachowywał się dzielnie, jak na rasowego rumaka przystało. Wypalony znak stadniny Potockich na końskim zadzie, świadczył jak mówił wspomniany już Józef Pacławski, PGR-owski stajenny zresztą, o pełnej krwi angielskiej. Kasztan był wykorzystywany do wozu i pod siodło, z tym że poza mną nikt na nim nie ujechał dalej, jak galopem do stajni. Ze mną było inaczej, bo był moim przyjacielem i chodził za mną jak pies. Po prostu polubiliśmy się wzajemnie, dla mnie robił wszystko, tylko nie miałem prawa do bata.

   Koń zwęszywszy trop watahy, zaczął ostrzegawczo prychać, przysiadać na zadzie i wykręcając piruety koniecznie chciał wiać z powrotem. Kasztan w przeciwieństwie do mnie nie czytał Curwood‘a i nie żywił do wilków żadnych innych uczuć prócz strachu. Ja odwrotnie, bo chyba i lekceważyłem siłę i krwiożerczość tych odwiecznych „wrogów człowieka” oraz darzyłem je pewnym rodzajem sympatii i podziwem. Zsiadłem z konia, by porównać wielkość tropu z własną dłonią. Był imponujący może i dlatego, że ja nie mam zbyt dużych łap?

   Kasztan najchętniej pozostawiłby mnie, mimo przyjaźni, na pastwę wilków, ale trzymałem wodze mocno, wiedząc, że droga powrotna bez konia trwałaby zbyt długo, no i musiałem jeszcze sprawdzić sterty siana na połoninie, która powstała na niegdysiejszych polach wypalonej do cna ukraińskiej, czy też łemkowskiej wioski.

   Olbrzymie, równe kilku stodołom sterty, stały na tym odludziu od sianokosów, oczekując zimy, bo tylko wówczas można je było zwieźć saniami w dolinę. Za tropem watahy dojechałem prawie do samych łąk, co Kasztan przypłacił plamami piany na swych bokach, powstałej z obficie wydzielanego, pewnie ze zdenerwowania, potu. Przy stertach kręcili się jacyś ludzie, a dwa pyrkające ursusy z dopiętymi do nich kilkoma parami niskich sań, już częściowo załadowanych sianem wyjaśniały cel ich pobytu. Jedna sterta już w połowie skradziona, świadczyła o tym, że nie pierwsza to była wycieczka po siano. Jak się okazało, sąsiedni PGR, brał siano jak swoje, bo już bydełko przestało im wstawać i nic ich nie obchodziło, że nie zapłacili za nie kosiarzom. Pewnie myśleli, że sianko zostało po akcji Wisła.

   Na mój widok cała ta „kawalkada” zaczęła wiać. Galopkiem towarzyszyłem im jakiś czas, zapamiętując przy okazji numery traktorów. Reszta należała do milicji.

   Wracałem tą samą drogą, bo innej zresztą nie było. Zaśnieżony szlak wiódł przez las i znowu mój koń zaczął strzyc uszami, parskać, przysiadać, co i mnie poważnie zdenerwowało. Zaczynał się dość stromy spadek i jak gdyby jar, w którym biegła dróżka. Na skraju tej stromizny zobaczyłem pierwszy raz w życiu wilka. Autentycznego wilka! Kilka kręciło się za tym stojącym. Wataha!

   Kasztan też go widocznie dostrzegł, bo gwałtownym susem ruszył w szaleńczy cwał w dół zbocza. Dziw że nie rozstałem się z siodłem w sytuacji, gdy gwałtowne szarpnięcie prawie zerwało mi czapkę z głowy. Początkowo wychyliłem się do tyłu i piłując wędzidłem, starałem się zatrzymać, albo przynajmniej zmusić do spokojniejszego biegu spanikowanego konia. Wszelkie tzw. pomoce na niewiele się zdały. Kasztan gnał z góry na złamanie karku i tylko nadmiar wydzielonej przez jego organizm adrenaliny uratował nas przed upadkiem, bo normalnie to bardzo często się potykał. W tym szaleńczym cwale pojąłem co to jest szarża ułańska. Ułan nie ma nic do gadania, byle nie spadł, bo to konie szarżują, zachowując się jak spanikowane stado trawożerców na sawannach Afryki. Spanikowany Kasztan był tylko ze mną na swoim grzbiecie i robił to, co podpowiadał mu odwieczny instynkt. Po prostu wiał!

   Przytulony do końskiego karku, starałem się mu nie przeszkadzać i z determinacją oczekiwałem wspólnej przewały przez koński łeb. Jak dojechaliśmy cali i zdrowi w pobliże starej cerkiewki, to tylko pewnie wie płacząca wierzba, pod którą Kasztan wreszcie się zatrzymał. Zsiadłem ze spienionego konia i zacząłem go oprowadzać, by zbyt gwałtownie nie ostygł.

   Oba brzegi Stupnicy łączyła dość gruba kładka, zbyt wąska jednak na to, by pokonywać ją konno. Kasztan musiał przebrnąć przez częściowo zamarznięty potok, bo ja jednak wolałem kładkę. Gdy już byłem w jej połowie, jakieś dwa metry nad potokiem, poczułem że coś nią kołysze i z przerażeniem stwierdziłem, że to mój koń pcha się po kładce za mną. No, jeszcze tego brakowało żeby z niej spadł do oblodzonego potoku! Na polecenie, z niechęcią, ale zawrócił na oblodzony bród. Takie to było to moje kochane konisko.

   Miałem pisać o wilkach, a właściwie o wilku jednym, a plotę o swoim koniu, Ukraińcach i kurnych chatach. Tak to jest z człowiekiem jak wraca do przeszłości. Wszystko okazuje się ważne. Gdzieś tam otwierają się szufladki z pamięcią i zostają wywlekane na wierzch różne dziwne sprawy. To tak jak z szukaniem czegoś w szufladzie. Szukasz agrafki i ni stąd ni zowąd znajdujesz zdjęcia sprzed lat. Zaczynasz w nich grzebać i całkiem zapominasz o agrafce, za to zdjęcia są fantastyczne, jakiż ja byłem młody i piękny na dodatek, a te jej długie włosy?! Jakaż ona śliczna ta moja Krycha! Ależ to były czasy! Szkoda tylko, że zdjęcia nie są kolorowe, bo młode życie przecież nigdy nie jest szare. Zaczynają się wspomnienia, wspomnienia i całkiem się zapomina o tym, że trzeba wwlec gumkę do majtek i że dlatego potrzebna była ta agrafka. Tak i z moim wilkiem.

   Zanim jednak już poważnie zacznę o tym wilku, to jeszcze jedno „zdjęcie” o moim Kasztanie. Był tak do mnie przywiązany, że pod barakiem biura PGR-u, zostawiałem go bez uwięzi, bo zawsze cierpliwie na mnie oczekiwał, a właściwie to na kromkę chleba, którą po moim powrocie dostawał. Kiedyś jednak nie wytrzymał, bo mój pobyt w biurze przed ważnym wyjazdem do Birczy trochę się przedłużał i wszedł po tych kilku schodach na korytarz „biurowca” połączonego z kuchnią. Gdy młoda dziewczyna, pomocnica naszej kochanej kucharki wyszła z tej kuchni i znalazła się tuż przed końskim pyskiem, to narobiła takiego panicznego wrzasku, że wszyscy z przerażeniem wybiegliśmy na korytarz. Przestraszony nie mniej od dziewczyny Kasztan, w klasycznym przysiadzie opróżnił kiszkę stolcową, bo chyba bardziej się wystraszył tego wrzasku jak spotkania z wilkiem i pozostawił na korytarzu przed kuchnią pokaźnych rozmiarów parującą stertę końskiego nawozu. Po dziewczynie nie sprzątałem, ale po Kasztanie to jednak musiałem to zrobić. Na uspokojenie kromkę swoją dostał, bo nic tak nie uspokaja, jak żucie smacznego chlebka.

   Zima trwała, a liczne tropy wilków świadczyły o pobycie watahy w tym rejonie. Mimo organizowanych polowań, nie słyszałem by jakiś wilk padł, albo uszło to mojej uwadze. Więcej nasłuchałem się o potędze odyńców, które na zbiorówkach rozpruwały brzuchy pieskom miejscowych naganiaczy. Ci wiejscy, już nieźle wyrośnięci chłopcy oraz stary gajowy opowieściami o dziczych szarżach mogli niejednego wystraszyć. Widziałem kiedyś po jednym z polowań płaczącego wyrostka, tulącego w ramionach już nieżywego kundla z wnętrznościami na wierzchu, co potwierdzało autentyczność tych opowiadań.

   Myśliwi, goszczeni przez kierownika PGR-u, ubrani w stosowne myśliwskie stroje, w bryczesach, solidnych butach i z kapeluszami na głowach, stanowili jakąś specjalną kastę, w moim ówczesnym pojęciu niedostępną dla zwykłego śmiertelnika. Wydawało mi się, że parają się jakąś bardzo niebezpieczną profesją, że to bardzo odważni i niezwykli faceci. Sam jednak w tym nie gustowałem, bo bardzo lubiłem podpatrywać żywe zwierzaki, ptactwo, ryby i nawet owady. Myśliwych podziwiałem z pewnego dystansu, nawet nie śmiałem myśleć, że kiedyś znajdę się w tym gronie, ale opowieści myśliwskich lubiłem posłuchać, co zostało mi do dzisiaj, a nawet sam zostałem gawędziarzem, widać taka ta myśliwska profesja już jest.

   Wraz z kolejną akcją siewną nadeszła wiosna i PGR-owskie stado zaczęto wypędzać na pobliskie łąki. Bydełko ożyło, zaczęło dawać więcej mleka, ale i zaczęło bać się wilków. Przerażone pasterki opowiadały, że stado jest niepokojone, a potem zdarzyły się i przypadki zarzynania cielaków. Wilki co prawda wielkiej korzyści z tego nie miały, bo martwa zdobycz była im odbierana i szła na PGR-owski stół, czyli na naszą stołówkę, ale co lepsze kąski z szynek cielęcych lądowały w wilczych żołądkach.

   Po którymś tam kolejnym ataku wilczej pary na stado, poproszono myśliwych o pomoc. Muszę się pochwalić, że przy wówczas zarżniętym przez wilki cielaku byłem pierwszy, bo po alarmie pastuszek zabrałem długi kuchenny nóż i na oklep na swoim kasztanie, pognałem na złamanie karku w miejsce wypasu. Przestraszone stado, zbite „w kupę” porykując kręciło się pośrodku łąki, a niemniej przestraszona druga pasterka pokazała mi miejsce „zbrodni”.

   Ważący ponad sto kilogramów cielak, został zarżnięty jakieś trzydzieści metrów od lasu, potem wilki zaciągnęły go pod stromą górkę w las i łamiąc dość grube krzaki po drodze, wwlokły tę jałówkę w głąb lasu, na odległość dwudziestu - trzydziestu metrów. Uciekły na mój widok, a mój nóż nie przydał się nawet do dorżnięcia jałówki.. Cielak nie żył, a wilki już zdążyły powyżerać szynki. Przekonałem się wówczas o sile wilków, bo połamane krzaki miały grubość kilku centymetrów i stawiać musiały niezły opór.

   Na drugi dzień urządzono w tym lesie polowanie. Myśliwi zajęli stanowiska na górze, a PGR-owcy w roli naganki przepędzali cały ten las. Pierwszy raz uczestniczyłem w takiej imprezie i muszę przyznać, że się trochę bałem postrzelenia w gęstych zaroślach mieszanego lasu, toteż darłem się jak inni, a być może i głośniej. Żaden wilk nie wyszedł na linię. Okresów ochronnych wówczas nie było, a za zabicie wilka wypłacano premię w wysokości jednego tysiąca złotych. (mój ojciec zarabiał 1200 zł)

   Nadeszła mroźna zima przełomu roku 1955/56 i ostatni miesiąc mojej pracy w PGR – luty 1956 roku. Należało mi się jeszcze dwa tygodnie urlopu za przepracowany rok, ale bardzo lubiany przeze mnie kierownik PGR-u, zaproponował mi na czas urlopu pracę stróża nocnego, bo i miejscowy chłop pełniący te obowiązki, też dotychczas nie wykorzystał swego urlopu. Z chęcią się zgodziłem, bo co dwie pensje na odejście, to nie jedna.

   Tak więc ostatnią pracą jaką wykonywałem w PGR, była praca nocnego stróża. Praca ta nie była za ciężka, ot takie łażenie po terenie PGR i zaglądanie w różne zakamarki. Złodzieja to raczej się nie spodziewałem, bo i kto mógł zbłądzić na takie zadupie? Co prawda w czasie siewów z przyczepy mojego traktora w nocy ktoś podwędził sześć worków pszenicy, którą nieopatrznie pozostawiłem, bo nie chciało mi się znosić ich do magazynu, a rano ponownie ładować na przyczepę. Na szczęście nikt o tych workach nie wiedział. Po prostu nie zdążyłem ich zawartości wysiać i miałem to zrobić na drugi dzień. Złodzieja złapałem bez pomocy Scherlocka Holmesa. Jeden worek był dziurawy i pozostawił smugę rozsypanej pszeniczki na całej złodziejskiej trasie. Na wiejskiej drodze kokoszki zaczęły te ziarenka dość szybko zbierać, ale nie zdążyły do końca zatrzeć śladów „przestępstwa”. W ten prosty sposób znalazłem się w obejściu naszego nocnego stróża. Wszedłem do kurnej chatynki. Panował w niej półmrok. Światło miało tu niewielki dostęp przez przydymione okienko i do tego zakopcone ściany, utrudniały widzenie, ale gdy źrenice powiększyły mi się na tyle, że coś mogłem dostrzec, to zauważyłem sześć worków z pszenicą równo ustawionych na polepie kurnej chałupy pod okopconą ścianą. Stanowiły dowód rzeczowy. Gdy zobaczyłem na własne oczy skrajną nędzę tego domostwa, sporą gromadkę zabiedzonych, umorusanych dzieciaków i zmizerowaną tyraniem oraz rodzeniem tej czeredy żonę naszego stróża, coś się we mnie rozpukło. Szykowałem się na niezłą drakę, a tu nic. Stróż też nic nie mówił, ale przerażenie i niema prośba wystarczyły.

- Panie P., niech pan wieczorem odda mi te puste worki, bo muszę się z nich rozliczyć - powiedziałem całkowicie zaskoczonemu stróżowi. To było wszystko na co się mogłem zdobyć w tej sytuacji. Worki zostały zwrócone do magazynu i nigdy więcej z mojej przyczepy nic nie zginęło. Nasz stróż musiał się nieźle w nocy napracować, przenosząc na grzbiecie ponad trzysta kilogramów pszenicy i przemierzając z tym balastem ponad dwa kilometry.

   Zaczęła się siódma z kolei, tym razem moja, noc stróżowania, a pamiętam ją dobrze choćby i dlatego, że była to noc kilka dni po moich imieninach, których wonczas nie obchodziłem. Poprzednie nocki były spokojne, a jedynie licznie znajdowane rankiem wilcze tropy świadczyły, że jednak ktoś w nocy po terenie PGR-u buszuje. Nie miałem jednak przyjemności tego kogoś spotkać. Przed każdą nocką kierownik proponował mi strzelbę, bo być może napatoczy się jaki wilk pod lufę? Nie chciałem skorzystać z tej kuszącej oferty, bo wstydziłem się przyznać, że ze strzelby jeszcze w życiu nie strzelałem i bałem się odrzutu tej broni, a nie wpadło mi na myśl, żeby poprosić o kilka próbnych strzałów. Tak więc musiała mi wystarczyć siekiera na długim toporzysku.

   Pogoda była przepiękna, a księżycowa nocka taka jakie obecnie uwielbiam. Cisza i mróz. Księżyc rozjaśniał ośnieżoną ziemię po horyzonty. Zaczęła się baśniowa, trzaskająca mrozem nocka, a ja, nocny stróż PGR-u, zacząłem swoją robotę w śpiącym gospodarstwie. Od pierwszego budynku do chlewni, stajni i obory było jakieś pół kilometra. Gospodarstwo rozłożone na pagórku wzdłuż drogi biegnącej z Birczy do Kuźminy, pobudowane w pewnym oddaleniu od wioski Leszczawa Dolna, było, mimo bliskości drogi, odcięte od cywilizacji i mogliśmy liczyć głównie na siebie.

   Księżyc prawie w pełni i cisza. Sprawdziłem stajnię połączoną z oborą, bo jakiś koń czy krowa mogły się dusić na łańcuchu. Ciepełko tutaj, można się przy okazji trochę po tym mrozie ogrzać, bydełko pochrapuje, tylko mój Kasztan cicho zarżał usłyszawszy me kroki i zrobił mi miejsce w boksie. Jakaś sprytna krówka wypięta z łańcucha wyżerała sianko koleżance. Pogoniona poszła na swoje miejsce. Starannie zamknąłem drzwi wejściowe, nawet nie myśląc, że przy drugiej wizycie zostanę krowim akuszerem i odbiorcą pięknego cielaka. W chlewni prosiaki, nażarte, pochrząkiwały przez sen śniąc o świńskich przysmakach, mlaskały i ciamkały jakby naprawdę jadły. Troskliwa świniarka wstawała wraz z naszą kucharką, by zdążyć nakarmić swą trzodę, wysłać dzieciaka do szkoły i nakarmić męża, swego brygadzistę zresztą. W prezencie ślubnym dostała jego nazwisko - Piekło -, to i życie miała takież samo. Z powodu ciężkiej nad siły pracy, ta drobniutka kobietka wychudła nadmiernie i każdy się dziwił, jak taki drobiazg mógł sobie z tym wszystkim poradzić.

   Teraz idę sprawdzić warsztaty i stojące w pobliżu maszyny. Niewiele tego. Teraz co lepszy gospodarz dysponuje większą ilością maszyn. Kilka ursusów, dwa zetory, dwa gąsienicowe Kadety, jeden zdewastowany Natig, też ciągnik gąsienicowy z demobilu, w czas wojny ciągający ciężkie haubice, młockarnia, kilka siewników i kosiarek oraz dwie snopowiązałki. Cały majątek ruchomy. Zapomniałbym o kilku pługach, w tym jednym pięcioskibowym i o wozach, od drabiniastych poczynając i na jednej bryczce kończąc oraz o saniach, które stanowiły podstawowy środek transportu zimą. Jakoś nikt tego nie ukradł.

   Teraz kuźnia, składziki, barak biurowy z kuchnią i izbami robotników takich jak ja, śpiących na spiętrowanych łóżkach jak żołnierze w koszarach. Pora nie tak późna, a wszyscy śpią snem sprawiedliwych, cisza nocna. Elektryfikacja tu jeszcze nie dotarła. PGR-owski agregat, ze względów oszczędnościowych, już dawno został wyłączony. Jedyne światło to poświata księżyca.

   Idę dalej wzdłuż bliźniaczych budynków, które zamieszkuje inteligencja PGR-owska. Kierownik z księgowym, brygadziści, polowy i hodowlany oraz magazynier i kierownik warsztatów. Obok tych bliźniaczych domów pobudowane własnym sumptem chlewiki, czy też inne komórki z mieniem nie mieszczącym się w domach. Dziwne, ale prawdziwe. Na terenie PGR nie było ani jednego psa?!

   Skręcam w prawo i idę pod niewielki barak zatrudnionych tu od niedawna, bo wraz ze mną dziewcząt. Śpią biedulki same, aż żal, bo niektóre z nich są naprawdę warte grzechu. Zresztą dużo czasu nie minęło i znalazły tu mężów. Dalej budowa dużego domu, piętrowego zresztą, z dużą świetlicą i kilkoma mieszkaniami, takimi miejskimi „m”, z łazienkami itp., w których to mieszkaniach mają zamieszkać te z baraku i być może ich rodziny. Budowę prowadziła młoda dziewczyna - technik budowlany, która tuż po maturze dostała tu właśnie nakaz pracy. Radziła sobie nadzwyczaj dobrze, na imię miała Tereska, była piękna i platonicznie podkochiwałem się w niej bardzo poważnie, tyle że ona o tym nie wiedziała, bo byłem bardzo nieśmiały w kontaktach z dziewczynami. (Później jakoś mi to przeszło).

   Idę dalej, a każdy krok to skrzypnięcie zmrożonego śniegu, słyszane w tej nocnej ciszy bardzo daleko. Chrup, chrup, chrup. Dochodzę w pobliże prywatnych chlewików i słyszę też jakieś szu, szu, szu, szu!? Przerwa i znowu szu, szu, szu, szu!? Zatrzymałem się i nasłuchuję?? Jakieś dziwne drapanie znowu się powtarza. Jestem ubrany w długi kożuch, grube filcowe buty, takie solidne skórzane, nie jak dzisiejsze gumofilce, ciepła czapa na głowie i siekiera za pasem - broń nocnego stróża.

- Co to może być? - zastanawiam się i ostrożnie wyjmuję zza pasa siekierkę. W trakcie tego dziwnego drapania podchodzę coraz bliżej do chlewika, kierując się słuchem, bo drapanie słychać po drugiej stronie. Obchodzę, cały spięty, chlewik dookoła i pod ścianą mimo cienia dostrzegam olbrzymiego wilka. Wilk drapie zmarzłą glebę, chcąc widocznie dobrać się do prosięcia w chlewiku. Zamiar w tym mrozie nie do zrealizowania. Od wilka dzieli mnie jakieś sześć metrów. Stoję na granicy cienia, oświetlony księżycem jestem doskonale widoczny. Wilka widzę bardzo wyraźnie. Basior jest ogromny i bardzo wychudzony. Głód go tu przygnał. Trzymam oburącz siekierę uniesioną nieco w górę i zastanawiam się co dalej?!

   Wilk tak zajęty rozgrzebywaniem ziemi, że ani mnie nie widzi ani nie słyszy. Zrobiłem jeszcze krok, ale coś mię powstrzymało. Widocznie jakiś pierwotny instynkt zakazał mi przekroczenia granicy bezpieczeństwa, granicy jednego wilczego szusu. Granicy, przekroczenie której, powoduje nawet agresję zająca. Po dłuższej chwili odezwałem się do wilka: - A ty tu czego?!

MojImieninowyWilk   Zaskoczenie musiało być spore, bo wilk drgnął, podniósł łeb i patrzy na mnie. Stoimy naprzeciw siebie i żaden się nie rusza. Ja czekam na skok wilka w gotowości do zadania ciosu siekierą, a on chyba też oczekuje mojej agresji. Dzisiaj wiem, że nie miałem większych szans, jak na zadanie jednego cięcia, a gdybym tak chybił, albo tylko go zranił?? Waga tego basiora, mimo wychudzenia na pewno dorównywała mojej. Leżałbym na śniegu jak nic.

   Wilk jednak był mądrzejszy od nocnego stróża. Powoli się odwrócił, stanął zwrócony do mnie bokiem, a potem powoli odszedł od chlewika na teren oświetlony księżycem. Teraz widziałem go w całej okazałości. Zatrzymał się i taksuje mnie wzrokiem. Patrzymy na siebie i po chwili wilk powoli odchodzi, a ja nadal tkwię na miejscu.

   Wilk miał swoja dumę, nie uciekał, chociaż ustąpił. Ja też się nie wygłupiałem i nie goniłem za nim z krzykiem. Pozostaliśmy na swoim. Wilk odszedł mimo głodu i fizycznej, jak sądzę przewagi. Decyzję podejmował mimo wszystko wilk. On miał przewagę siły, szybkości i oręża. Ja mogłem bronić się siekierką na długim trzonku. To był mój imieninowy wilk!!

   Dzisiaj, po wielu latach wspominam tę nockę z wielkim sentymentem. Pamiętam każdy jej szczegół, pamiętam i to, że w godzinę potem w czasie ponownej wizyty w stajnio-oborze odebrałem poród od cielącej się krowy, a cielaczek był śliczny, też taki jakiś imieninowy.

PS. A teraz moja skarga na obecne czasy: PGR w którym pracowałem został przekazany po przemianach ustrojowych człowiekowi z tytułem książęcym. Michał Ksawery Sapieha został panem na tych włościach. Był to bratanek kardynała Sapiehy. Pszeniczna ziemia została obsadzona wierzbą energetyczną, która nie ścinana stanowi znakomite ukrycia dla dzików. Tego mu było mało bo jeszcze chce więcej: „ Mieszkający w Belgii, 82-letni książę Sapieha nie chce skorzystać z przysługującego mu prawa do odszkodowania i zabiega o odzyskanie nieruchomości od Skarbu Państwa. Chce w zamku utworzyć Uniwersytet Narodów Europy Środkowo-Wschodniej. Według niego, jest szansa na wsparcie tego projektu ze środków unijnych i budżetowych.” (Chodzi o zamek w Krasiczynie i jak zwykle o forsę).

   Niestety zmarło się biedakowi, ale ma potomstwo i starania nadal będą trwały. Jak przyszło by im zapłacić wszystkie wydatki ponoszone na te obiekty, to kasa przekroczyłaby ich wartość, ale oni chcą jeszcze odszkodowania za użytkowanie tego mienia. Za folwark z niewolnikami w Leszczawie nie zapłacili nic!! Cały PGR i ziemie mu przynależne nigdy nie był własnością Sapiehów. Został wybudowany po wojnie od podstaw między innymi przez takich naiwnych młodzieńców jakim wówczas i ja byłem. To się nazywa „sprawiedliwość dziejowa”. Ciekawe kto odda tą sprawiedliwość tym chłopom, którzy żyli w nędznych czworakach i często głodowali na przednówku, by jaśnie państwo mogło balować na paryskich salonach i rozkoszować się smakami paryskiej kuchni.

   Z książek poznałem innego Sapiehę. Ma na imię Eustachy (Książę Eustachy Seweryn Sapieha (7 VIII 1916 -  2 III 2004) – zawodowy myśliwy, porucznik kawalerii Wojska Polskiego, historyk rodu Sapiehów, syn Eustachego Kajetana) - Jest autorem wielu książek, czytałem tą o safari. To nie hochsztapler Ksawery tylko uczciwy człowiek. Tacy też wśród arystokracji bywają. Ja chyba przesiąkłem innymi ideałami, bo arystokratów, zwanych teraz dobrodziejami, mimo wszystko nie trawię. –

Romuald Soszyński

 

Daj się odnaleźć

Wspomnienia z kniei

Ankiety łowieckie

Pogotowie postrzał.

TOP